11.06.2025, 13:30 ✶
Powiew wiatru nie był może szczególnie imponujący, ale owionął mężczyznę i odepchnął chmury dymu na tyle, że ten zdołał odetchnąć. Zatoczył się i podparł o budynek, spazmatycznie chwytając powietrze i mrugając intensywnie, bo ledwo widział przez opary. Dopiero po chwili zdołał zoogniskować spojrzenie na Thomasie na tyle, by w ogóle go dostrzec.
Cofnął się i zaniósł kaszlem, dostrzegając różdżkę w jego dłoni, ale zaraz zdał sobie chyba sprawę z tego, że Figg mu pomógł.
– Dz… dziękuję – wykrzusił. – Jestem dłużnikiem.
Odetchnął jeszcze kilka razy, drżącą dłonią sięgając po własną różdżkę. Najwyraźniej próbował uspokoić się na tyle, by spróbować się teleportować, ewentualnie ruszyć ku jakiemuś bezpieczniejszemu miejscu. Po chwili w każdym razie znikł Thomasowi z oczu. Chyba rozległ się trzask, być może więc niedoszła ofiara czarnego dymu faktycznie się deportowała.
A Mackenzie?
Mackenzie, zanim zdążyła podjąć decyzję, czy rzucić kwiatki (bo nie miotłę: nie było mowy, żeby rzuciła swoją miotłą) i spróbować pomóc sąsiadowi, sama została owiana tym paskudnym, czarnym, gęstym dymem. Trochę po prostu zniósł go ku niej wiatr, trochę może przyczyniło się do tego zaklęcie Thomasa, który usiłował uratować jej sąsiada, a wychodzącej z kamienicy dziewczyny nie miał nawet szansy dostrzec. Odruchowo zacisnęła powieki i spróbowała wstrzymać oddech, na ślepo starając się wyjść z dymu. Wszystko spowijała jednak czerń, i wdarła się w końcu też do płuc, wywołując kaszel oraz – absurdalną w tych okolicznościach – mysl, że jeszcze jej to zaszkodzi na kondycję fizyczną, a przecież w tym tygodniu mają mecz!!!
Rzecz jasna, żadne mecze nie miały zostać teraz rozegrane.
Oczy ją piekły i miały wrażenie, że do gardła wdziera się nie dym, a tłuczone szkło. W końcu, na wpółprzytomna niemalże, wytoczyła się z ciemnych kłębów i wywaliła na kolana prosto pod nogami Thomasa. Kurczowo przycisnęła do siebie doniczkę, a potem wbiła w niego spojrzenie jasnych oczu.
– Uważaj, gdzie zawiewasz – oświadczyła i zaniosła się kaszlem.
Cofnął się i zaniósł kaszlem, dostrzegając różdżkę w jego dłoni, ale zaraz zdał sobie chyba sprawę z tego, że Figg mu pomógł.
– Dz… dziękuję – wykrzusił. – Jestem dłużnikiem.
Odetchnął jeszcze kilka razy, drżącą dłonią sięgając po własną różdżkę. Najwyraźniej próbował uspokoić się na tyle, by spróbować się teleportować, ewentualnie ruszyć ku jakiemuś bezpieczniejszemu miejscu. Po chwili w każdym razie znikł Thomasowi z oczu. Chyba rozległ się trzask, być może więc niedoszła ofiara czarnego dymu faktycznie się deportowała.
A Mackenzie?
Mackenzie, zanim zdążyła podjąć decyzję, czy rzucić kwiatki (bo nie miotłę: nie było mowy, żeby rzuciła swoją miotłą) i spróbować pomóc sąsiadowi, sama została owiana tym paskudnym, czarnym, gęstym dymem. Trochę po prostu zniósł go ku niej wiatr, trochę może przyczyniło się do tego zaklęcie Thomasa, który usiłował uratować jej sąsiada, a wychodzącej z kamienicy dziewczyny nie miał nawet szansy dostrzec. Odruchowo zacisnęła powieki i spróbowała wstrzymać oddech, na ślepo starając się wyjść z dymu. Wszystko spowijała jednak czerń, i wdarła się w końcu też do płuc, wywołując kaszel oraz – absurdalną w tych okolicznościach – mysl, że jeszcze jej to zaszkodzi na kondycję fizyczną, a przecież w tym tygodniu mają mecz!!!
Rzecz jasna, żadne mecze nie miały zostać teraz rozegrane.
Oczy ją piekły i miały wrażenie, że do gardła wdziera się nie dym, a tłuczone szkło. W końcu, na wpółprzytomna niemalże, wytoczyła się z ciemnych kłębów i wywaliła na kolana prosto pod nogami Thomasa. Kurczowo przycisnęła do siebie doniczkę, a potem wbiła w niego spojrzenie jasnych oczu.
– Uważaj, gdzie zawiewasz – oświadczyła i zaniosła się kaszlem.