11.06.2025, 17:29 ✶
Nie znałem tej dziewczyny, która po mnie przyszła. Ale wiedziałem, o co chodzi. Geraldine coś wspominała. Niewiele, ale wystarczająco, bym zrozumiał, że chodzi o spotkanie. O ognisko. O spędzanie czasu razem, niby radośnie, wśród jej przyjaciół.
Nie byłem zachwycony. Delikatnie mówiąc. Wzbraniałem się. Zwłaszcza po tym, co wydarzyło się w lesie. Nie sądziłem, żeby to był dobry pomysł. Imprezy, śmiechy, wspomnienia… To już nie było moje życie. Tamto życie… umarło razem ze mną. Niewyobrażalnie za nim tęskniłem, ale nie było już częścią mnie.
Wspomnienia jednak wracały jak echo z dna butelki. Jak dym, który osiada na płucach i nie pozwala oddychać. Wiedziałem, że to nie było mądre. Że nie powinienem tam iść. Ale jednak… wizja ogniska... Stanowczy głos Geraldine... Czy prośba? To ona mnie skusiła.
I dlatego teraz siedziałem w swoim pokoju, który równie dobrze mógłby być celą, pogrążony w myślach. Gdyby nie dźwięk otwieranych drzwi, pewnie bym nie wstał. Ale drzwi skrzypnęły i… weszła Prudence. Pru.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nie wiedziałem nawet, czy powinienem coś mówić. Po prostu skinąłem głową, cicho, jak cień, i ruszyłem za nią. Bez słowa. Właściwie to nawet wstrzymując oddech. Jakbym mógł nim coś zepsuć.
Prawda była taka, że nie chciałem już robić nic głupiego. A nie byłem pewien, ile reszta wie. Czy słyszeli. Czy czuli. Czy już mnie osądzili.
Czekałem na spojrzenia. Te oceniająco-osądzające, które miały mnie przekłuć na wylot. Ale… nic takiego nie nastąpiło. Albo byli zbyt zajęci sobą, albo świetnie to ukryli. Albo ja za bardzo bałem się spojrzeć po zebranych by to dostrzec.
Przysiadłem w najbardziej oddalonym miejscu. Sztywno. Z rezygnacją. I wbiłem wzrok w ognisko. Nie chciałem patrzeć nigdzie indziej. Nie chciałem widzieć żadnych twarzy. Ogień był jedyną rzeczą, która się nie zmieniała. Przynajmniej w mojej głowie.
Ale obrazy, obrazy wracały. Skakały mi przed oczami jak iskry. Dawne życie. Tamte akcje. Śmiechy. Zapach perfum, dym papierosów, muzyka zbyt głośna, by myśleć. To wszystko, co zostawiłem za sobą, a co wciąż wracało. Jak duchy, których nie potrafiłem odpędzić.
Najchętniej po prostu poszedłbym spać. Zniknął. Rozpuścił się w cieniu. Ale wiedziałem, że cokolwiek bym nie zrobił, będzie źle. Zawsze było.
Skakały mi przed oczami obrazy dawnego życia. Znowu. Najchętniej poszedłbym spać, ale wiedziałem, że cokolwiek bym nie zrobił, nie było zbyt dobrze. Geraldine też już tu była. Wróciła. Powinienem też uczestniczyć aktywnie w wyprawach Artemis, ale to również mi odebrano, więc... moje serce jak zwykle pękało wielokrotnie.
Nie byłem zachwycony. Delikatnie mówiąc. Wzbraniałem się. Zwłaszcza po tym, co wydarzyło się w lesie. Nie sądziłem, żeby to był dobry pomysł. Imprezy, śmiechy, wspomnienia… To już nie było moje życie. Tamto życie… umarło razem ze mną. Niewyobrażalnie za nim tęskniłem, ale nie było już częścią mnie.
Wspomnienia jednak wracały jak echo z dna butelki. Jak dym, który osiada na płucach i nie pozwala oddychać. Wiedziałem, że to nie było mądre. Że nie powinienem tam iść. Ale jednak… wizja ogniska... Stanowczy głos Geraldine... Czy prośba? To ona mnie skusiła.
I dlatego teraz siedziałem w swoim pokoju, który równie dobrze mógłby być celą, pogrążony w myślach. Gdyby nie dźwięk otwieranych drzwi, pewnie bym nie wstał. Ale drzwi skrzypnęły i… weszła Prudence. Pru.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nie wiedziałem nawet, czy powinienem coś mówić. Po prostu skinąłem głową, cicho, jak cień, i ruszyłem za nią. Bez słowa. Właściwie to nawet wstrzymując oddech. Jakbym mógł nim coś zepsuć.
Prawda była taka, że nie chciałem już robić nic głupiego. A nie byłem pewien, ile reszta wie. Czy słyszeli. Czy czuli. Czy już mnie osądzili.
Czekałem na spojrzenia. Te oceniająco-osądzające, które miały mnie przekłuć na wylot. Ale… nic takiego nie nastąpiło. Albo byli zbyt zajęci sobą, albo świetnie to ukryli. Albo ja za bardzo bałem się spojrzeć po zebranych by to dostrzec.
Przysiadłem w najbardziej oddalonym miejscu. Sztywno. Z rezygnacją. I wbiłem wzrok w ognisko. Nie chciałem patrzeć nigdzie indziej. Nie chciałem widzieć żadnych twarzy. Ogień był jedyną rzeczą, która się nie zmieniała. Przynajmniej w mojej głowie.
Ale obrazy, obrazy wracały. Skakały mi przed oczami jak iskry. Dawne życie. Tamte akcje. Śmiechy. Zapach perfum, dym papierosów, muzyka zbyt głośna, by myśleć. To wszystko, co zostawiłem za sobą, a co wciąż wracało. Jak duchy, których nie potrafiłem odpędzić.
Najchętniej po prostu poszedłbym spać. Zniknął. Rozpuścił się w cieniu. Ale wiedziałem, że cokolwiek bym nie zrobił, będzie źle. Zawsze było.
Skakały mi przed oczami obrazy dawnego życia. Znowu. Najchętniej poszedłbym spać, ale wiedziałem, że cokolwiek bym nie zrobił, nie było zbyt dobrze. Geraldine też już tu była. Wróciła. Powinienem też uczestniczyć aktywnie w wyprawach Artemis, ale to również mi odebrano, więc... moje serce jak zwykle pękało wielokrotnie.