11.06.2025, 20:57 ✶
Byliśmy nadzwyczajnie sprawni fizycznie. To było oczywiste, że mój pierwszy atak nie odniesie sukcesu, tak samo jak jej kontratak. A jednak nie przewidziałem, że postanowi zaatakować. Powinienem. Znałem ją. Znałem jej styl walki. Niejeden raz się sparingowaliśmy, kiedy byłem jeszcze człowiekiem. Znałem ją, a mimo to... Ten głos. Ten podszept. Ta usilna potrzeba... One mieszały mi w głowie.
To było dobre. I złe.
Wiedziałem, dlaczego złe. A dobre...? Bo jeszcze się do niej nie dorwałem. Jeszcze. Choć bardzo tego chciałem. Modlitwa do Matki schodziła na dalszy plan, tonęła gdzieś w cieniu pragnienia, które rosło we mnie niebezpiecznie. Pragnienia krwi.
A potem zderzyliśmy się. Niefortunnie. Remis. Impas. Może coś pomiędzy, o ile coś się tam znajdowało.
Ale...
Ale...
Ale...
Chwila.
Moment.
Jak to, to nie byłem ja? Po prostu. Poddawałem się. Pozwalałem mu, temu we mnie, przejmować stery. Dawałem się owładnąć, a przecież byłem silny. Sama to powiedziała. I sam to wiedziałem. A mimo to poddawałem się, jak gdybym był pierwszym lepszym tchórzem. Ale... nie byłem. Czy to znaczyło, że umiałem się mu postawić? Że mogłem? Tylko... to byłem ja? Jak miałem walczyć z samym sobą? Z pragnieniem tak silnym, że aż bolało?!
A jednak... bolało też zadawanie bólu. Konsekwencje, wspomnienia, myśli.
Konsekwencje.
Wspomnienia.
Myśli.
Koszmary.
Sny.
Nieprzespane noce.
Budzenie się bez potu, choć powinien być.
Byłem martwy. Ale czy wciąż mogłem być sobą? Względnie. Musiałem to zwalczyć. Musiałem. Ten głos, ten kuszący szept.
Byłem przerażony tym, co czułem. Tym, czego nie powinienem czuć. Tym, co chciałem czuć, choć nie mogłem. Podszepty mieszały jedno z drugim, potem z trzecim, i już sam nie wiedziałem, czego tak naprawdę chcę.
Jak to nie wiedziałem?!
Gryźć.
Ssać.
Pić.
Jeść.
Pożywiać się.
Czuć się żywym. Tak prawdziwie żywym.
Ale to nie było prawdziwe uczucie. To był fałsz. Podsuwany przez głód. Przez krew. Zawsze byłem martwy. Nawet wtedy, kiedy piłem. Nic się nie zmieniało, poza moimi emocjami. A te mnie zdradzały. Strach je pogłębiał. A jak miałem się nie bać?
Dostałem z pięści od Geraldine. Broniła się? Nie. To był kontratak.
Była wojowniczką. Silną. Niezwykłą. I chyba zaczynała wychodzić na prostą. Może. Może nie. Ale niezależnie od tego, gdzie teraz była w swoim życiu, ja powinienem ją chronić. Jak starałem się to robić do tej pory. A nie próbować ją zjeść, na bogów! To było chore. To było pojebane.
Dlatego się odsunąłem. Raz. Drugi. W osłupieniu. W zamyśleniu dotknąłem policzka. Czy bolało? Tak. Ale nie tak, jak powinno. Powinno mocniej.
– Przepraszam. Potrzebuję tych eliksirów. Nie śpię. Po prostu... rozmyślam. Jestem taki... – urwałem, czując, jak głos więźnie mi w gardle. – Nie chcę... Ja cię przepraszam – dodałem w końcu, drżąc. Stojąc na krawędzi. Tuż przed niechybnym uzależnieniem. Przed tą znajomą, upiorną potrzebą utraty kontroli.
Mogłem odpłynąć chociażby drobną chwilę. I jednocześnie nie skrzywdzić nikogo. Potrzebowałem jedynie jej pozwolenia.
To było dobre. I złe.
Wiedziałem, dlaczego złe. A dobre...? Bo jeszcze się do niej nie dorwałem. Jeszcze. Choć bardzo tego chciałem. Modlitwa do Matki schodziła na dalszy plan, tonęła gdzieś w cieniu pragnienia, które rosło we mnie niebezpiecznie. Pragnienia krwi.
A potem zderzyliśmy się. Niefortunnie. Remis. Impas. Może coś pomiędzy, o ile coś się tam znajdowało.
Ale...
Ale...
Ale...
Chwila.
Moment.
Jak to, to nie byłem ja? Po prostu. Poddawałem się. Pozwalałem mu, temu we mnie, przejmować stery. Dawałem się owładnąć, a przecież byłem silny. Sama to powiedziała. I sam to wiedziałem. A mimo to poddawałem się, jak gdybym był pierwszym lepszym tchórzem. Ale... nie byłem. Czy to znaczyło, że umiałem się mu postawić? Że mogłem? Tylko... to byłem ja? Jak miałem walczyć z samym sobą? Z pragnieniem tak silnym, że aż bolało?!
A jednak... bolało też zadawanie bólu. Konsekwencje, wspomnienia, myśli.
Konsekwencje.
Wspomnienia.
Myśli.
Koszmary.
Sny.
Nieprzespane noce.
Budzenie się bez potu, choć powinien być.
Byłem martwy. Ale czy wciąż mogłem być sobą? Względnie. Musiałem to zwalczyć. Musiałem. Ten głos, ten kuszący szept.
Byłem przerażony tym, co czułem. Tym, czego nie powinienem czuć. Tym, co chciałem czuć, choć nie mogłem. Podszepty mieszały jedno z drugim, potem z trzecim, i już sam nie wiedziałem, czego tak naprawdę chcę.
Jak to nie wiedziałem?!
Gryźć.
Ssać.
Pić.
Jeść.
Pożywiać się.
Czuć się żywym. Tak prawdziwie żywym.
Ale to nie było prawdziwe uczucie. To był fałsz. Podsuwany przez głód. Przez krew. Zawsze byłem martwy. Nawet wtedy, kiedy piłem. Nic się nie zmieniało, poza moimi emocjami. A te mnie zdradzały. Strach je pogłębiał. A jak miałem się nie bać?
Dostałem z pięści od Geraldine. Broniła się? Nie. To był kontratak.
Była wojowniczką. Silną. Niezwykłą. I chyba zaczynała wychodzić na prostą. Może. Może nie. Ale niezależnie od tego, gdzie teraz była w swoim życiu, ja powinienem ją chronić. Jak starałem się to robić do tej pory. A nie próbować ją zjeść, na bogów! To było chore. To było pojebane.
Dlatego się odsunąłem. Raz. Drugi. W osłupieniu. W zamyśleniu dotknąłem policzka. Czy bolało? Tak. Ale nie tak, jak powinno. Powinno mocniej.
– Przepraszam. Potrzebuję tych eliksirów. Nie śpię. Po prostu... rozmyślam. Jestem taki... – urwałem, czując, jak głos więźnie mi w gardle. – Nie chcę... Ja cię przepraszam – dodałem w końcu, drżąc. Stojąc na krawędzi. Tuż przed niechybnym uzależnieniem. Przed tą znajomą, upiorną potrzebą utraty kontroli.
Mogłem odpłynąć chociażby drobną chwilę. I jednocześnie nie skrzywdzić nikogo. Potrzebowałem jedynie jej pozwolenia.