11.06.2025, 21:36 ✶
Wpatrywałem się w ogień z taką intensywnością, że sam nie byłem pewny, po co właściwie to robię. Myśli krążyły mi po głowie, skacząc od jednego tematu do drugiego – od wspomnień wszystkich imprez, które miałem już na koncie, przez te, które mnie ominęły tego lata, aż po wyrzuty sumienia związane z błędami młodości, które doprowadziły mnie do śmierci. A potem... potem już sam nie wiedziałem, dokąd zmierzam, dokąd prowadzą mnie te myśli, kiedy nagle ktoś zaczął grzebać w ognisku.
Nie ktoś. Benjy.
Obserwowałem kątem oka jego ruchy. Znałem go. Przynajmniej trochę.
Woodstock. Rok sześćdziesiąty dziewiąty.
Wydawałoby się, że to było niedawno... ale nie. Janis Joplin, którą wtedy byłem niewyobrażalnie zauroczony, nie żyje. Ponoć się zabiła. Krążyło na ten temat wiele plotek. A Kim Scamander, z którą wtedy tam byłem, która namówiła mnie na ten wypad, która przez większość czasu trzymała się blisko... odeszła. Mówiła, że tylko na chwilę, ale miałem wrażenie, że to będzie wieczność. Że nie wróci. Że zniknęła na zawsze. Ja... cóż, ja też w pewnym sensie odszedłem. Umarłem. I zostałem przeklęty. W jeden z najgorszych możliwych sposobów. Przynajmniej z perspektywy łowcy. I chyba tylko Benjy z tamtego lata wciąż był sobą.
Prawdopodobnie. Na to wyglądało. Miał grono przyjaciół. Ja już nie miałem nikogo. Zerwałem kontakty ze wszystkimi. Ale... wcale mu nie zazdrościłem. Cieszyłem się, że u niego nic się nie zjebało tak jak u mnie. A jednak, przez to właśnie, uświadamiałem sobie, że ze mną jest jeszcze gorzej, niż myślałem. Chociaż na dobrą sprawę... na złą sprawę nic się nie zmieniało.
Wpatrywałem się w dym unoszący się z jego papierosa, a potem z powrotem w ogień... I nie spodziewałem się, a może właśnie zbyt bardzo się tego spodziewałem, że przysiądzie obok. Spiąłem się. Mocniej, niż powinienem. Czułem się, jakbym mógł jednym wdechem wyssać z niego całe szczęście. A przecież nie byłem dementorem.
Jeszcze nim nie byłem.
Może jednak byłem? Tak się czułem. Tylko że zamiast duszy wysysałem krew.
I pewnie dementorzy nie mieli wyrzutów sumienia. A ja miałem. Czy to znaczyło coś więcej? Może właśnie to, co Geraldine mówiła mi poprzedniej nocy?
Spojrzałem na nią przelotnie i aż zachłysnąłem się powietrzem, gdy Benjy odezwał się pierwszy.
– Jakoś tego nie czuję – wychrypiałem, odwracając wzrok w jego stronę. Nie patrzył na mnie. Tylko na ognisko. Spokojny. Jakby nie siedział obok krwiożerczej bestii.
Spojrzałem na swoje dłonie, przypominając sobie te paskudne pazury z wczoraj. Przeszedł mnie dreszcz. Rozejrzałem się wokół, ale nie widziałem nigdzie tego dziecka, o którym podczas pożarów tyle mówili. To dobrze.
Nie ktoś. Benjy.
Obserwowałem kątem oka jego ruchy. Znałem go. Przynajmniej trochę.
Woodstock. Rok sześćdziesiąty dziewiąty.
Wydawałoby się, że to było niedawno... ale nie. Janis Joplin, którą wtedy byłem niewyobrażalnie zauroczony, nie żyje. Ponoć się zabiła. Krążyło na ten temat wiele plotek. A Kim Scamander, z którą wtedy tam byłem, która namówiła mnie na ten wypad, która przez większość czasu trzymała się blisko... odeszła. Mówiła, że tylko na chwilę, ale miałem wrażenie, że to będzie wieczność. Że nie wróci. Że zniknęła na zawsze. Ja... cóż, ja też w pewnym sensie odszedłem. Umarłem. I zostałem przeklęty. W jeden z najgorszych możliwych sposobów. Przynajmniej z perspektywy łowcy. I chyba tylko Benjy z tamtego lata wciąż był sobą.
Prawdopodobnie. Na to wyglądało. Miał grono przyjaciół. Ja już nie miałem nikogo. Zerwałem kontakty ze wszystkimi. Ale... wcale mu nie zazdrościłem. Cieszyłem się, że u niego nic się nie zjebało tak jak u mnie. A jednak, przez to właśnie, uświadamiałem sobie, że ze mną jest jeszcze gorzej, niż myślałem. Chociaż na dobrą sprawę... na złą sprawę nic się nie zmieniało.
Wpatrywałem się w dym unoszący się z jego papierosa, a potem z powrotem w ogień... I nie spodziewałem się, a może właśnie zbyt bardzo się tego spodziewałem, że przysiądzie obok. Spiąłem się. Mocniej, niż powinienem. Czułem się, jakbym mógł jednym wdechem wyssać z niego całe szczęście. A przecież nie byłem dementorem.
Jeszcze nim nie byłem.
Może jednak byłem? Tak się czułem. Tylko że zamiast duszy wysysałem krew.
I pewnie dementorzy nie mieli wyrzutów sumienia. A ja miałem. Czy to znaczyło coś więcej? Może właśnie to, co Geraldine mówiła mi poprzedniej nocy?
Spojrzałem na nią przelotnie i aż zachłysnąłem się powietrzem, gdy Benjy odezwał się pierwszy.
– Jakoś tego nie czuję – wychrypiałem, odwracając wzrok w jego stronę. Nie patrzył na mnie. Tylko na ognisko. Spokojny. Jakby nie siedział obok krwiożerczej bestii.
Spojrzałem na swoje dłonie, przypominając sobie te paskudne pazury z wczoraj. Przeszedł mnie dreszcz. Rozejrzałem się wokół, ale nie widziałem nigdzie tego dziecka, o którym podczas pożarów tyle mówili. To dobrze.