Sparingi w ich przypadku nie były niczym nowym, robili to kiedyś, bardzo często, musieli utrzymać swoje ciała w idealnej formie, bo przecież były one ich narzędziem do pracy. Polowali. Jeden zły ruch mógł ich kosztować życie, chwila nieuwagi, zbyt wolny unik, nietrafiony strzał. Właściwie tak to się zakończyło. Astaroth umarł jej na rękach, przestał oddychać, stał się zimny. Była pewna, że go straciła, że już nigdy nie będzie mogła z nim porozmawiać, że nigdy nie usłyszy jego śmiechu, że nigdy znowu nie będą mieli szansy pokłócić się o kolejną pierdołę, nigdy więcej nie przyjdzie do jej pokoju z jakąś bardzo ważną sprawą, którą będzie musiała mu pomóc ogarnąć natychmiast, nigdy nie poczuje ulgi, że gdzieś tam jest, cały i zdrowy, chociaż niekoniecznie tuż obok.
Zmieniło się to kiedy wrócił. Może niezupełnie taki sam, ale jednak dostał kolejną szansę od losu. Może nie najprostszą, może wcale jej nie chciał, ale jednak ciągle to był on, gdzieś tam głęboko, naprawdę w to wierzyła. Dla niej nie był potworem, nie on, mimo tego, że stał się bestią, przynajmniej teoretycznie.
Nie spodziewała się, że to wyjście do lasu zakończy się kolejną bójką. Siedziała w nich złość, nie do końca radzili sobie z tymi emocjami, które ich wypełniały. Nigdy nie byli mistrzami w dzieleniu się swoimi uczuciami, ich rodzina była dość oschła, surowa, nie rozmawiano o takich rzeczach, raczej po prostu starano się rozładować napięcie w inny sposób.
Właśnie to robili, po raz kolejny próbowali do siebie dotrzeć tak, jak potrafili, jak ich nauczono, czy było to zdrowe? No niekoniecznie, kto normalny w ten sposób załatwiał problemy? Wieczna walka, próba pokazania dominacji poprzez siłę fizyczną... to nie powinno mieć miejsca, a jednak znowu wybrali tę drogę.
Chciał ją wystraszyć, może go wkurzyła, może ten wampiryzm demonstrował się przez jej podejście, nie miała pewności, czy robił to specjalnie, czy przypadkowo, to jednak się stało. Nie miała zamiaru się bać, nie chciała okazywać lęku, więc wybrała przemoc - kurewsko rozsądne rozwiązanie.
Nie powinni dopuszczać do takich starć między sobą, ale jakoś tak się to wszystko potoczyło. W ich przypadku walka mogła trwać godzinami, byli bowiem na podobnym poziomie sprawności fizycznej, może ona miała lekką przewagę, drobną, bo ostatnio poświęcała sporo czasu na to, aby szlifować swoje umiejętności, a on jednak siedział w domu, pił te swoje eliksiry... był jednak wampirem, to wiązało się z dodatkowymi przewagami, tyle, że w pewnym momencie się od niej odsunął. Otrzeźwiał? Skoro odszedł kilka kroków, to przystanęła w miejscu, nie zamierzała rzucać się na niego z pięściami, cholera jasna - była jego siostrą, nie wrogiem.
- One Ci nie służą. - Uzależnił się od tych eliksirów, miała wrażenie, że one potęgowały to, co się z nim stało, że przez nie zupełnie sobie przestał radzić, stały się jego odskocznią, ale to nie była metoda, nie na dłuższą metę.
- Nie zrobiłabym Ci tego, gdybym znalazła inne wyjście. - Powiedziała cicho, ale na pewno ją usłyszał. Nie chciała zamykać go w piwnicy, ale w tej chwili nie widziała innego rozwiązania. Musiał przywyknąć do egzystencji bez tych nieszczęsnych eliksirów nasennych. Później wszystko się jakoś ułoży. - Chcę Ci pomóc Roth, naprawdę. - Może w to nie wierzył, ale zależało jej na tym, by wyszedł na prostą.