13.06.2025, 07:33 ✶
– Tak to właśnie z Tobą jest Liszek, ja Ci tu o przyjemnościach, a ty już chcesz ładować we mnie rurę z kaloriami. Może po prostu dasz mi dobry przykład, a nie, zimna kawa i czerstwe ciastko w środku nocy? I argument, że szewc bez butów chodzi do mnie absolutnie nie trafia. – Bezczelnie złapała go za ramię, żeby wypunktować jego dość mizerny budowę, poszarpać nim chwilę, ale w sumie nie było w tym odszczekaniu słychać złości. Ot, nie była to w końcu pierwsza rozmowa na ten temat.
W przeciwieństwie do innych tematów.
– Tak jasne. Oczywiście, że wszystko w porządku, nie przejmuj się koszulą i tak jej nie lubiłam – powiedziała, nerwowo obracając w palcach okrwawiony koniec będący kiedyś całkiem zgrabną kokardą. Tylko że oczy jej się zeszkliły, tak jakoś łatwo przychodziły emocje, których wcale nie chciała pokazywać, ale od czasu wyjścia z Lecznicy, od czasu Beltane było to podwójnie trudne.
– Po prostu. To… To bardzo stare dzieje, no moja mama… moja mama czasem też tak krwawiła. Potem też kaszlała krwią i w ogóle, jakoś tak… – mówienie zaczęło jej sprawiać coraz większą trudność. Na ostatniej sesji terapeutycznej gnębiono ją o ten kawałek przeszłości i wtedy zdecydowanie łatwiej było postawić obronne mury, niż teraz, kiedy obok siedział ktoś komu ufała, komu nie zwierzała się po raz pierwszy. – Była bardzo słaba. Wiesz, pod koniec, te całe naczynia już no… nie trzymały. Były kruche. Byle kichniecie i już fontanna, ale potem, potem tej krwi było już coraz mniej i mniej, nim no wiesz… nim o…– głos jej się urwał, to wszystko nagle wydało się takie strasznie głupie. To była stara sprawa, minęło ponad dwadzieścia lat i nie było powodu, żeby to rozdrapywać teraz, na ławce pod statua… Matki. Matki, która wtedy nie pomogła, chociaż mała Mildred modliła się do niej dniami i nocami, błagając już nawet nie o zdrowie. Błagając o to, by jej własna osobista matka mogła wstać z łóżka i przejść się po targu. Chociaż jeden raz. Ostatni raz.
Nie zauważyła kiedy łzy popłynęły struga, rejestrowała tylko to, że nie może już mówić, a świat stał się nagle takim ciasnym, gorzkim miejscem. Zauważyła, że mimowolnie zgrawitowała do barku przyjaciela, ukrywając się gdzieś materiale przesiąkniętym wonią eliksirów i kliniki.
Ze wszystkich osób. Matka opuściła Miles pierwsza i od jej śmierci nic już nie było takie samo. Dzieciństwo zabrane tamtej nocy pulsowało w jej żyłach teraz, odbierało powagę wszystkiemu, co robiła, bunt, którego nie mogła doświadczyć normalną drogą, wciąż szarpał się z potrzebą przynależności z zachwianym poczuciem bezpieczeństwa, w którym nikt i nic nie jest na zawsze. Wątłą pierś szarpnął szloch uwolnionych emocji, płaczu, na który nie było miejsca, bo trzeba było być twardym i dzielnym.
W przeciwieństwie do innych tematów.
– Tak jasne. Oczywiście, że wszystko w porządku, nie przejmuj się koszulą i tak jej nie lubiłam – powiedziała, nerwowo obracając w palcach okrwawiony koniec będący kiedyś całkiem zgrabną kokardą. Tylko że oczy jej się zeszkliły, tak jakoś łatwo przychodziły emocje, których wcale nie chciała pokazywać, ale od czasu wyjścia z Lecznicy, od czasu Beltane było to podwójnie trudne.
– Po prostu. To… To bardzo stare dzieje, no moja mama… moja mama czasem też tak krwawiła. Potem też kaszlała krwią i w ogóle, jakoś tak… – mówienie zaczęło jej sprawiać coraz większą trudność. Na ostatniej sesji terapeutycznej gnębiono ją o ten kawałek przeszłości i wtedy zdecydowanie łatwiej było postawić obronne mury, niż teraz, kiedy obok siedział ktoś komu ufała, komu nie zwierzała się po raz pierwszy. – Była bardzo słaba. Wiesz, pod koniec, te całe naczynia już no… nie trzymały. Były kruche. Byle kichniecie i już fontanna, ale potem, potem tej krwi było już coraz mniej i mniej, nim no wiesz… nim o…– głos jej się urwał, to wszystko nagle wydało się takie strasznie głupie. To była stara sprawa, minęło ponad dwadzieścia lat i nie było powodu, żeby to rozdrapywać teraz, na ławce pod statua… Matki. Matki, która wtedy nie pomogła, chociaż mała Mildred modliła się do niej dniami i nocami, błagając już nawet nie o zdrowie. Błagając o to, by jej własna osobista matka mogła wstać z łóżka i przejść się po targu. Chociaż jeden raz. Ostatni raz.
Nie zauważyła kiedy łzy popłynęły struga, rejestrowała tylko to, że nie może już mówić, a świat stał się nagle takim ciasnym, gorzkim miejscem. Zauważyła, że mimowolnie zgrawitowała do barku przyjaciela, ukrywając się gdzieś materiale przesiąkniętym wonią eliksirów i kliniki.
Ze wszystkich osób. Matka opuściła Miles pierwsza i od jej śmierci nic już nie było takie samo. Dzieciństwo zabrane tamtej nocy pulsowało w jej żyłach teraz, odbierało powagę wszystkiemu, co robiła, bunt, którego nie mogła doświadczyć normalną drogą, wciąż szarpał się z potrzebą przynależności z zachwianym poczuciem bezpieczeństwa, w którym nikt i nic nie jest na zawsze. Wątłą pierś szarpnął szloch uwolnionych emocji, płaczu, na który nie było miejsca, bo trzeba było być twardym i dzielnym.