Siedział przy burcie, przesuwając palcami po swoim notatniku. Po notatkach poczynionych w domu, które zabrał ze sobą na tę wyprawę. Wycinki z gazet, notatki z ewentualnych książek, szybkie notatki poczynione w celu, gdyby w przypływie chwili miał wątpliwości, jak rozprawić się z takim a takim stworzeniem. W gruncie rzeczy jednak wcale nie do końca się skupiał na tym, co miał przed sobą. Może to był powód, dla którego nie powinno go tutaj być. A może właśnie powód, dla którego nie powinien był być nigdzie indziej.
Podniósł w końcu wzrok i napotkał spojrzenie Leviathana, do którego uśmiechnął się ciepło. W idealnym świecie każdy każdemu zostałby przedstawiony, skoro wyprawa była organizowana przez osoby trzecie. W tym realnym świecie Laurent zająłby się właśnie tym, co wychodziło mu najlepiej - zagadywaniu tej drużyny i ustalaniu planu. W dzisiejszej rzeczywistości ciężka głowa blondyna przywitała się z wszystkimi z takim samym uśmiechem i zaraz zajęta była niby czytaniem dziennika. Dopiero teraz złapał refleksję nad tym, że jest tu cicho, że każdy zajmował swój kąt i brakowało tylko tego, by znów popiół posypał się z nieba. Ciężka myśl. Niebo już przyozdobiło się czerwienią, więcej krwi nie potrzebowali. Więc powinien wstać. Rozpocząć. Ciężkie to było. Bardzo ciężkie...
- Moi drodzy. - Podniósł się w końcu, przesuwając z sympatią po wszystkich spojrzeniem. - Ponieważ przyszło nam się tutaj zebrać i współpracować sądzę, że warto zapoznać się z tym, kto co może wnieść do wspólnych działań. Dzięki temu wiadomym będzie na kim można polegać. - Jak na przykład na Geraldine - jeśli się za kimś chować, to właśnie za nią, kiedy leci na ciebie potwór morski. Albo za Victorią, kiedy magia aż jeży włosy na głowie. Chociaż Laurent najchętniej schowałby się za plecami Leviathana - a to głównie ze względu na walory widokowe. - Miło mi was poznać, na imię mi Laurent Prewett. - Darował sobie ukłony, chociaż nawyk sprawił, że lekko dygnął. - Jestem specjalistą z zakresu wiedzy o magicznych stworzeniach. Radzenie sobie na pierwszej linii pozostawiam specjalistom takim jak Geraldine. - Spojrzał na nią z wyrazem respektu, zanim powiódł wzrokiem dalej. - Ponadto - jestem selkie. - Stał wyprostowany, ale również rozluźniony, z aureolą promieni słońca błyszczących w rozwianych, platynowych włosach. Ostatnie promienie gasły, ale on chciał je zatrzymać. Chciał zapleść z nich wieniec i podarować w dłonie każdego z tu obecnych, by zabrali go ze sobą i z lekkością kroczyli ku wyzwaniom, jakie miały się pojawić na ich drodze.