Lestrange siedział, obserwował i powoli zaczynał rozumieć, jak czują się bohaterowie klasycznych tragedii tuż przed drugim aktem, w którym scenopis pcha ich ku nieuchronnemu szaleństwu i samozagładzie. Siedział, a może raczej okupował ten leżak z taką rezygnacją i połowiczną, uparcie zachowywaną godnością, z jaką starożytny senator rzymski, no, bo imię zobowiązywało, obserwował schyłek swojej cywilizacji. Przez krótką chwilę poważnie zastanawiał się, czy może nie doznał udaru słonecznego, chociaż słońca nie było, właściwie, od dnia pożarów, to wszystko naprawdę miało miejsce.
Corio uniósł spojrzenie znad własnych butów, zamszowych, beżowych, już niestety upstrzonych drobinami błota, a potem przeniósł je powoli na Romka, który właśnie usiadł obok niego z promiennym uśmiechem i entuzjazmem osoby, która nie znała pojęcia zawahanie i nigdy nie była zmuszona rozliczać się z własnej kieszeni z kosztów wyrządzonych szkód. Mężczyzna zerknął na „dzieło” Romulusa, z miną człowieka, który od czterech lat chwalił obrazki swojego dziecka, nawet wtedy, kiedy zupełnie nie wiedział, na co patrzy, tu też nie wiedział, czego Romeczek oczekiwał? „Aha, zrobiliście bajorko i teraz czujecie się jak stwórcy świata, brawo, kochani, wzruszyłem się nad tym cudem inżynierii środowiskowej, mówił wam ktoś, że to pojebany pomysł?”, czegoś takiego, to byłoby wystarczające?
Cornelius, który przez moment poczuł się jak juror na konkursie dla młodych urbanistów-amatorów, już chciał coś odpowiedzieć, najlepiej półinteligentnego, półokrutnego, całkowicie zniechęcającego Romeczka do dalszego budowania jezior, ale przypomniał sobie, że to przecież jego podpis, jego i jego ciotki, widniał na dokumentach posiadłości, więc to on, no, on i jego ciotka, której tu, całe szczęście, nie było, mieli być odpowiedzialni za katastrofę ekologiczną wywołaną przez tych dwóch. Westchnął, odchrząknął, strzelił knykciami, co mogłoby być bardzo sugestywne, gdyby był Fenwickiem albo Yaxley, ale, chyba na jego nieszczęście, nie miał w zwyczaju bić przyjaciół, nawet idiotów. Jednocześnie dał sobie czas na przełknięcie informacji, że oto jego imię, do tej pory kojarzone z elegancją, połyskliwymi spinkami do mankietów i rzetelnym prowadzeniem budżetu, mogło zostać przywołane w nagłówkach gazet, w kontekście, co najmniej, nieprzychylnym dla rodu.
- Jezioro, cóż... - Zaczął powoli, cedząc słowa przez usta, niczym wino, które okazało się korkowe, ale nie można go wypluć, ani wylać, bo to niekulturalne. - Ujmę to tak, jezioro, niewątpliwie, jest, a to już coś, zdecydowanie więcej, niż się spodziewałem i, przyznajmy, więcej, niż ktokolwiek uznał za stosowne mi powiedzieć, zanim je wyczarowano. - Oczy miał utkwione w tafli wody, tej samej, którą ktoś przypadkowy zapewne nazwałby „zachwycającą”, za to Ursula w najlepszym razie „potencjalnie pełną robali”, Corio natomiast widział w niej nie tyle jezioro, ile finansową katastrofę, gdy to wszystko pójdzie w wody gruntowe, którą jego nazwisko miało podpisać w dolnej części faktury.
A potem usłyszał, że to cudo najwyraźniej miało spełniać jeszcze jedno, jakże wzniosłe zadanie - stanowić tło dla deklaracji wiecznego uczucia pomiędzy Ambroisem a Geraldine, czyli, dla przypomnienia, osobami, które jeszcze osiem dni temu, tak, osiem, nawet nie osiemdziesiąt osiem, deklarowały, że „to czysto fizyczne” i „nie mieszajmy w to emocji, Corio, jesteśmy przecież dorośli”, no i klasyczka, „to nie znaczy, że do siebie wrócimy” zastąpione „no, tak jakoś wyszło, hihi, żeśmy do siebie wrócili”. Jeszcze tydzień temu Ambroise przysięgał, że między nimi to tylko „układ”, żadnych deklaracji, emocjonalnych inwestycji, raptem kilka dni wcześniej - Cornelius doskonale to pamiętał, bo musiał po tym zająć się rozliczeniem faktur za klepki podłogowe z hebanu i rolki tapety sprowadzane z Francji - zarzekał się, że to absolutnie nic poważnego, a teraz planował ślub z kobietą, z którą przecież tylko sypiał, cóż za konsekwencja, cóż za logika, dzięki którym mieli jezioro i bobry, i najpewniej pierścionek, który kosztował więcej niż trzy ich ostatnie wspólne podróże, przynajmniej tak należało się domyślać po stopniu zaangażowania w dekoracje.
Tak, bobry, oczywiście, że bobry, jezioro na trawniku i wodne gryzonie w domu, Cornelius nie mrugnął, choć wewnętrznie prowadził już mentalne negocjacje z właścicielami domów w niżej położonej wiosce, próbując oszacować straty, po zrobieniu nich powodzian, chociaż nie mieszkali na terenach zalewowych, a teraz musiał dołożyć do tego jeszcze zniszczenia wewnątrz posiadłości. Bobry! Kiedy usłyszał słowo „bobry”, zamrugał powoli, raz, drugi, jakby próbował przeliczyć w głowie, ile literek ma „ja pierdolę”, nie ruszając ustami, a potem zerknął na stół z alkoholami, rozważając, czy wypada wstać, nie mówiąc ani słowa, najeżdżając go na oczach świadka. Bobry, w sypialni, najpewniej zgryzające baldachim od łóżka wykonanego na zamówienie przez włoskiego rzemieślnika, naturalnie. Nawet nie chciało mu się zażartować o ich czochraniu, w kontekście tego, gdzie je ulokowały te dwa bałwany...
- Zaiste. - Kiwnął Lestrange, zerkając z ukosa na taflę jeziora, jakby rozważał, czy mógłby teraz po prostu do niego wejść i już nie wracać - Nic tak nie mówi „chcę z tobą dzielić życie”, jak dźwięk drewna żartego przez zębate, zapchlone ssaki, gdy próbujesz uprawiać seks. A, skoro to tylko zapasowa sypialnia, to dlaczego nie zamienić jej w siedlisko dla bobrów i metaforę przyszłego wspólnego gniazdowania? Zastanawia mnie jedynie, czy uwzględniliście w budżecie nowe łóżko albo pokój? - Pytał, bo nawet nie wiedział, jak miałby to rozliczyć...
Lestrange westchnął cicho, przeczesał palcami włosy i powoli skinął głową. Miał przemożną ochotę powiedzieć, że oczywiście, przecież nic nie mówi „wyrafinowany gust”, tak elegancko, jak bobry w alkowie i jezioro na trawniku, zatem to wszystko było… Doskonale przemyślane, ale z racji, że dla przyjaciół nie był człowiekiem okrutnym, jedynie okrutnie zmęczonym, pozwolił sobie tylko na lekkie uniesienie brwi. Roman i tak zazwyczaj zdawał się nie słuchać, albo słuchał, ale interpretował wszystko jako pochwałę i, szczerze mówiąc, Cornelius nie był do końca pewien, czy to nie jego własny błąd, bo od lat nie zwracał uwagi na to, kto uczył tego człowieka czytać między wierszami, a teraz musiał żyć z efektami tej edukacji.
- To rzeczywiście dzieło - zrobił pauzę - dzieło zbiorowej odklejki, artystycznej samowoli i zupełnego braku nadzoru, ale... Dzieło. - Urwał, nie był pewien, czy Romulus go w ogóle słuchał, bo właśnie rozdarł powietrze kolejnym rykiem w stronę skrzata.
Cornelius skrzywił się, niemal niezauważalnie, ponieważ ton, w jakim padło słowo „świniak”, nie pozostawiał złudzeń, ich ognisko właśnie przekroczyło kolejną granicę, zastanawiał się, czy skrzat nie schował się celowo, mając więcej rozsądku niż połowa z nich wszystkich razem wziętych. Następnie odchylił się do tyłu, podpierając się na dłoniach, z twarzą zwróconą ku niebu, w którym, sam nie do końca wiedział, być może szukał odpowiedzi, a może tylko liczył, że któryś z bogów się zlituje i zrzuci mu na głowę coś ciężkiego, choćby tę pieprzoną świnię na rożnie, którą transportowały skrzaty, używając do tego lewitacji, więc zdecydowanie mogły go tym dobić. Byłby im za to wdzięczny.
- A propos, czy przewidziano jakiś plan awaryjny, jeśli Geraldine, jednak, nie uzna jeziora i bobrów za symbol trwałości ich uczucia, tylko... no, wiesz, za dowód postępującej patologii? Mi, na przykład, z coraz większym trudem przychodzi mi odróżnić wasze koncepty od symptomów poważnych zaburzeń... - Lestrange uśmiechnął się uprzejmie, choć w jego tonie dało się wyczuć tę znajomą nutę cierpkiej ironii. Kiedyś człowiek przynajmniej próbował udawać, że działa racjonalnie, teraz widać wystarczyło kilka upojnych nocy, żeby zmienić plan życiowy.
Mężczyzna spodziewał się, że zaraz usłyszy jakąś barwną odpowiedź, że prócz bobrów mieli też zapasowe nutrie, a prócz jeziora, z drugiej strony domu zrobili trzęsawisko, ale wtedy...
- Roman? - Nie wiedział, czy to część tego absurdalnego planu, ale Potter... Zaczął lewitować? - Roman? Czy ty się dobrze czujesz?