13.06.2025, 12:33 ✶
– A weź, pierdol się – prychnęła do niego uśmiechnięta, odbijając punktowanie jej sposobu żywienia. Nie miała czasu przecież przejmować się takimi pierdołami jak sałatki sratki i jedno jabłko dziennie. Tosty zjadała, bo Brenna zdawała je się zostawiać za sobą jak Małgosia okruszki w lesie. Nie przeszkadzało jej to. Mimo zaburzonego osądu rzeczywistości… widziała, że przyjaciele się o nią martwią. Widziała też te momenty, gdy o nią dbali, chociaż absolutnie na to nie zasługiwała.
Wszystko jednak zeszło na dalszy plan, gdy otworzone zostały te żelazne drzwi w jej głowie. Znajdowała się obecnie w bardzo złym miejscu i choć nie było to zbyt łatwe doświadczenie dla Basiliusa, to z dwojga złego mógł pocieszać się, że jednak nie jest w tym miejscu sama. Jej ramiona drżały. Nieregularnie. Kompulsywnie. Napięte mięśnie próbowały zrzucić z siebie drętwotę, próbowały znaleźć, choć moment ukojenia w szlochu, który dawno temu powinien wybrzmieć z jej piersi. Teraz ciało nie mogło znaleźć regularnego rytmu, teraz ciało gubiło nawet swoją symetrie. Leżące pozornie swobodnie na udach ręce podrygiwały, palce wyginały się na boki, to znów rozluźniały. Nie był pewien czy Millie w ogóle zdaje sobie sprawę ze swojego stanu. Nie była to jednak klątwa, choć niektórzy tak właśnie nazywali popękane umysły. Nie magią. Samym życiem.
– Jesteś pewien? – wymamrotała w jego bark z nadzieją, nie podnosząc głowy, nie pokazując jak zdewastowany był jej makijaż, nie chcąc by przez wielkie, złociste ślepia dostrzegł pustkę z którą musiała się mierzyć nie tylko od śmierci matki, ale od samej jej choroby. Od powoli gasnącego życia. Przez myśl przemknęło jej, jak porzuciła Peregrinusa, gdy w obliczu jego własnej rodzicielki dostrzegła ślady przeżerającego ją czasu, okrutnego władcy, który zbyt szybko wyciągnął ręce po czarodziejskie ciało. Bardzo. Nie. Chciała. By. Tak. Się. Stało. Z. Basiliusem. I chociaż bała się, tak bardzo się bała, że to właśnie dzieje się z Basiliusem, choć gdyby była na jego miejscu to kłamałaby jak z nut, byle tylko przynieść komfort cierpiącej osobie… mając te wszystkie dane, bardzo chciała, by jej mówił, by niósł słowa komfortu. By nie miało znaczenia czy mówi prawdę, czy kłamie. By żył dłużej od niej, bo życie było zbyt trudne dla Mildred Moody. – Nie umiem sobie wyobrazić… nie wiem jak… nie chce… kiedyś uciekłam. Nie chce uciec. Nie chcę byś się na mnie zawiódł. – wydukała w końcu, nie tłumacząc bynajmniej o jaki rodzaj zawodu chodzi. – Nie umieraj. Proszę… – szczupłe palce wczepiły się w koszule, domagając się zapewnień.
Wszystko jednak zeszło na dalszy plan, gdy otworzone zostały te żelazne drzwi w jej głowie. Znajdowała się obecnie w bardzo złym miejscu i choć nie było to zbyt łatwe doświadczenie dla Basiliusa, to z dwojga złego mógł pocieszać się, że jednak nie jest w tym miejscu sama. Jej ramiona drżały. Nieregularnie. Kompulsywnie. Napięte mięśnie próbowały zrzucić z siebie drętwotę, próbowały znaleźć, choć moment ukojenia w szlochu, który dawno temu powinien wybrzmieć z jej piersi. Teraz ciało nie mogło znaleźć regularnego rytmu, teraz ciało gubiło nawet swoją symetrie. Leżące pozornie swobodnie na udach ręce podrygiwały, palce wyginały się na boki, to znów rozluźniały. Nie był pewien czy Millie w ogóle zdaje sobie sprawę ze swojego stanu. Nie była to jednak klątwa, choć niektórzy tak właśnie nazywali popękane umysły. Nie magią. Samym życiem.
– Jesteś pewien? – wymamrotała w jego bark z nadzieją, nie podnosząc głowy, nie pokazując jak zdewastowany był jej makijaż, nie chcąc by przez wielkie, złociste ślepia dostrzegł pustkę z którą musiała się mierzyć nie tylko od śmierci matki, ale od samej jej choroby. Od powoli gasnącego życia. Przez myśl przemknęło jej, jak porzuciła Peregrinusa, gdy w obliczu jego własnej rodzicielki dostrzegła ślady przeżerającego ją czasu, okrutnego władcy, który zbyt szybko wyciągnął ręce po czarodziejskie ciało. Bardzo. Nie. Chciała. By. Tak. Się. Stało. Z. Basiliusem. I chociaż bała się, tak bardzo się bała, że to właśnie dzieje się z Basiliusem, choć gdyby była na jego miejscu to kłamałaby jak z nut, byle tylko przynieść komfort cierpiącej osobie… mając te wszystkie dane, bardzo chciała, by jej mówił, by niósł słowa komfortu. By nie miało znaczenia czy mówi prawdę, czy kłamie. By żył dłużej od niej, bo życie było zbyt trudne dla Mildred Moody. – Nie umiem sobie wyobrazić… nie wiem jak… nie chce… kiedyś uciekłam. Nie chce uciec. Nie chcę byś się na mnie zawiódł. – wydukała w końcu, nie tłumacząc bynajmniej o jaki rodzaj zawodu chodzi. – Nie umieraj. Proszę… – szczupłe palce wczepiły się w koszule, domagając się zapewnień.