Ger nie do końca radziła sobie z tym, co działo się z jej bratem. Powinna go jakoś wesprzeć w tym trudnym czasie, a miała wrażenie, że każda decyzja, którą podejmowała była jeszcze gorsza od poprzedniej. Trudno jej się patrzyło na to jak gasł. Naprawdę chciała dla niego dobrze, tyle, że te metody zupełnie nie wydawały się mu pomagać. Wczoraj doprowadziła go na skraj, czy dzisiaj się to powtórzy? Wolała o tym nie myśleć, powinna pozostawać czujna, bo ona na pewno będzie w stanie go powstrzymać przed ewentualnym skrzywdzeniem innych tutaj obecnych, z drugiej strony, może towarzystwo innych osób (tych, które nie były nią) dobrze mu zrobi. Zdecydowanie Geraldine wzbudzała w nim ostatnio same najgorsze emocje.
- Może, ale nie musi, boję się, że nie chodzi tylko o eliksiry. - One były w końcu tylko częściowym problemem, dużo większą komplikacją był fakt, że Astaroth nie do końca sobie radził ze swoją egzystencją w tej nowej wersji siebie, było to dla niego ciągle nowe, i z tej sytuacji raczej nie było wyjścia. Mógł jedynie pogodzić się ze swoim losem, a zdecydowanie aktualnie tego nie chciał. W końcu przez to zaczął ćpać te nieszczęsne mikstury nasenne.
- Mam wrażenie, że to nie jest tylko chwilowe, tak naprawdę on sam musi inaczej spojrzeć na to wszystko, a póki co nie chce tego robić. - Powtarzała bratu, że to, że jest wampirem, to nie jest koniec świata, starała się mu pokazać, że mogło być gorzej, jednak nie do końca chciał zobaczyć jej perspektywę.
Może nie był to odpowiedni moment na dyskutowanie na temat nie do końca stabilnego stanu psychicznego jej brata, ale sam się nasunął, kiedy Roth się tutaj pojawił. Nie mogła ignorować tego, w jakim stanie się pojawił. Było z nim źle, nie była ślepa, metody, które wprowadzili w życie nie pomagały, może powinni coś zmienić, przedyskutować to? Jutro? Dzisiaj przecież i tak niczego by nie zmienili.
- Trudno, żeby się nie znali, są kuzynami. To znaczy, jesteśmy. - Ona również przecież była częścią tej rodziny. Jasne, nie utrzymywali ze sobą kontaktu już od momentu, gdy byli dziećmi, jednak nie zmieniało to faktu, że w ich żyłach płynęła ta sama krew, przynajmniej po części. Nie wnikała, skąd Benjy i Roth się znali, gdzie ich drogi się skrzyżowały, miała pewność, że na pewno nie na rodzinnych obiadkach. Nie zamierzała wchodzić im zresztą teraz w rozmowę, wydawało jej się, że jej brat może potrzebować konwersacji z kimś innym niż ona. Wcale mu się nie dziwiła.
Przeniosła wzrok na Romulusa, który znajdował się przy Corio, do jej uszu doszło coś o świniaku, przeniosła nieco skonfundowane spojrzenie na Ambroisa, czy naprawdę to wszystko było im tutaj potrzebne, tak bez żadnej okazji? Nie miała pojęcia z czego wynikało takie celebrowanie, w końcu to miało być tylko ognisko, no nie oszukujmy się nie wydawało jej się, żeby nawet Cornelius organizował podobne wydarzenia w ten sposób.
Nie umknęło jej to, że Roise machnął różdżką, ba rzuciła nawet zaklęcie w stronę Pottera. Teraz to przestała już cokolwiek rozumieć, nie zamierzała się w to angażować, nie, to nie miało sensu. Wolała obserwować ten dziwny spektakl z boku, póki co nie komentując tego, co zaczęło się dziać. Zamiast tego wyciągnęła fajkę z papierośnicy i wsadziła ją sobie do ust, dość zwinnym ruchem odpaliła papierosa swoją srebrną, mugolską zapalniczką.
Nie spuszczała przy tym wzroku z Romulusa, który chyba łapał się Corneliusa? Co tu się właśnie zaczęło odpierdalać i dlaczego?
Bardzo powoli zaciągnęła się dymem, po chwili upiła łyk whisky, oparła się przy tym o stół i obserwowała otoczenie, czuła, że był to dopiero początek pierdolnięcia. Nie spodziewała się tego, że tak szybko coś się wydarzy, jak widać to grono wyśmienicie bawiło się nawet bez praktycznie grama alkoholu.