Cornelius z początku nie zarejestrował niczego nadzwyczajnego, przynajmniej niczego, co znacząco odbiegałoby od standardów towarzystwa Romulusa, które, jakkolwiek zabawne i czasem wręcz inspirujące, rzadko kiedy bywało spokojne. Oczywiście, że to się musiało tak skończyć, jakże by inaczej, skoro każde ich wspólne przedsięwzięcie, choć zapowiadane przez Romeczka z dumą i pewnością siebie godną profesjonalnego komentatora quidditcha, kończyło się eksplozją, implozją albo, jak teraz, porwaniem jednego z uczestników do atmosfery. Naturalną reakcją każdego przytomnego czarodzieja byłoby rzucenie jakiegoś zaklęcia ratunkowego, ale Corio, zgodnie ze swoim charakterem, najpierw po prostu podniósł brwi, nieznacznie przekrzywił głowę i...
Zanim jednak Romulus oderwał się od gruntu, jak nadmuchany balonik, który moment wcześniej prawił o szczęściu niezależnym od pieniędzy, chociaż, jak Cornelius zauważył z przekąsem, portfele wszystkich zgromadzonych odczuwały niektóre głupie przedsięwzięcia dość jednoznacznie, Lestrange zdążył raz jeszcze przenieść wzrok na jezioro, z powodu którego w dalszym ciągu był w głębokim szoku. Cornelius, który dotąd siedział z łokciem opartym o kolano, a wzrokiem wodzącym gdzieś po nierównościach krajobrazu, z tym samym spokojem, z jakim śledzi się drogę rybika cukrowego po kafelkach łazienki w samym środku nocy, czyli bez większego zaangażowania, ale z niejaką ciekawością co do celu podróży, zauważył kątem oka, że Romulus właśnie przestał respektować podstawowe prawa grawitacji. Najpierw uniósł się lekko, jakby coś podniosło go za kołnierz, potem zawirował, a jego nogi, bezładnie kopiące, znalazły się wyżej niż głowa, co w żadnym znanym Corneliusowi przypadku nie zwiastowało niczego dobrego.
Ręce Romulusa miotały się, nogi wirowały wokół, a usta, kompletnie krzyczały o ratunek, pomoc, zatrzymanie świata, który bezczelnie nie konsultował z nim zmiany kierunku. No, tak, NIE konsultował. O ironio. Czyżby wreszcie kosmos postanowił zabrać, co jego?
- Nie, nie, nie... - Powiedział cicho, niedowierzająco, ale spokojnie, jak ktoś, kto wyłącznie obserwuje, jak cudza filiżanka herbaty zsuwa się z blatu stołu, ale nie na jego dywan. Sytuacja, choć nienaturalna, nie była jeszcze beznadziejna, przynajmniej do momentu, w którym Romulus, miotając kończynami, jak topielec, ryknął, a następnie spróbował, w sposób tyleż desperacki, co nieporadny, chwycić Corio za płaszcz. - Nie, Romulusie, nawet nie waż się… - Lestrange, chociaż zdołał odchylić się lekko w bok, nie zdążył uniknąć kontaktu całkowicie, bo Romulus, obdarzony nie tylko talentem do organizacji eventów, ognisk, oświadczyn i katastrof, ale i do chwytania nie tam, gdzie trzeba, zazwyczaj kobiet, lecz najwyraźniej nie tylko, złapał go za ramię, pazurami wbijając się w materiał, zrobiwszy to z siłą orła porywającego ofiarę z ziemi. - Nie łap mnie, idioto, nie—
Ale było za późno, idiota wyciągnął ręce i, o ironio losu, naprawdę zdołał go złapać. Co gorsza, zamiast znaleźć oparcie i zatrzymać się, jak zapewne planował, o ile w ogóle planował cokolwiek, Romulus pociągnął go w górę, gwałtownie, bezceremonialnie. W akcie desperackiej ewolucji, Potter naprawdę zamienił bezwładną, szamoczącą panikę w celowe działanie i, po serii nieudanych szarpnięć, uchwycił się Corneliusa za kołnierz, z siłą niegodną kogoś, kto przed chwilą nie potrafił złapać nawet własnej równowagi. Corio zamarł na ułamek sekundy, a potem spojrzał na dłoń wpiętą w jego płaszcz, z miną człowieka, który wie już dokładnie, co się wydarzy, i jest tym głęboko rozczarowany.
- Nie. - Powiedział cicho. - Nie, nie rób te— - Zanim zdążył dokończyć, poruszyli się. Nie w dół, jakby sugerowała logika działania dźwigni, lecz w górę, gwałtownie, bez ostrzeżenia, bez szacunku do masy, godności ani podstawowych zasad użytkowania przyjaciół, jako punktów zakotwiczenia.
Cornelius, który przez ostatnie, co najmniej, wyłączając początki Hogwartu, dwadzieścia lat życia z powodzeniem nie fruwał bez własnej zgody i woli, oderwał się od ziemi z ruchem boleśnie nagłym, pełnym wewnętrznego protestu i zaskoczenia, lecz nieodwołalnym. W jednej chwili był jeszcze na ziemi, w drugiej... Nie.
- Na Merlina, zostaw, Romulusie! Puść się, cholera! - Wycedził przez zaciśnięte zęby, jedną ręką usiłując sięgnąć gałęzi, której oczywiście nie było, bo mieli do czynienia z palmą. Palmą! Tropikalną! W Wielkiej Brytanii. Na wrzosowisku. Przy jeziorze. Jeziorze! Merlinie, nigdy nie pomyślałby, że to powie, więc nie powiedział, ale jeśli już mieli gdzieś spadać, to do tego jeziora, mimo to.
/AF ◉◉○○○ - na złapanie palmy
Sukces!
Akcja nieudana