Geraldine nie miała pojęcia, czy wszyscy jej przyjaciele i znajomi przetrwali tamtą noc. Chciała wierzyć w to, że właśnie tak było, rozesłała kilka listów, próbowała ustalić, co działo się z jej bliskimi. Nie był to dla niej łatwy czas. Szczególnie, że pożary nie były jej jedynym problemem, ostatnio namnożyło się ich dość sporo, chociaż powoli wszystko zaczynało się układać. Ósmy września miał być nowym początkiem, wszystko wskazywało, że będzie to jeden z lepszych dni, jakie ostatnio jej się przytrafiły, ale rzeczywistość dość szybko postanowiła jej przypomnieć o tym, żeby nie nastawiała się na cuda. Dość szybko musieli zareagować, opuścić Londyn, przegrupować się, ale chyba jakoś udało im się wyjść z tego obronną ręką.
Na list Millie zareagowała z entuzjazmem, właściwie czuła, że dobrze jej zrobi wyrwanie się na chwilę z rezydencji Corio w której spędziła ostatnie kilka dni. Nie, żeby miała dość towarzystwa w jakim się znalazła, ale dobrze było odetchnąć przez chwilę innym powietrzem. No i mogła się spotkać ze swoją przyjaciółką, same pozytywy, czyż nie?
Tego ranka obudziła się dość mocno skacowana, w końcu zaliczyli z Roisem wieczór wcześniej, tak właściwie to kilka godzin wcześniej mugolskie wesele... wlali w siebie ogromne ilości alkoholu, ale jakoś udało jej się wstać.
Mimo tego, że słońce świeciło bardzo głośno, to wyszła z łóżka, bo nie chciała przegapić tego spotkania, wzięła nawet prysznic, żeby nie śmierdzieć niczym jakiś kloszard, a później opuściła rezydencję. Wybrała miotłę, uwielbiała latać, a czuła też, że ruch dobrze zrobi jej na ten nie do końca najlepszy stan. Była wczorajsza, ale przy pierwszym piwie powinno się to zmienić, tak, sądziła, że jedno, czy dwa piwa pomogą jej jakoś odnaleźć się w rzeczywistości.
Na jej twarzy pojawił się uśmiech, gdy zobaczyła Moody, która prezentowała się nie najgorzej, zważając na to, co ostatnio działo się na świecie. Miała wrażenie, że mijający czas jej służył, czy coś, może zaczęła wracać do formy? Minęło kilka tygodni od ich poprzedniego spotkania, ale wydawało jej się, że wtedy wyglądała nieco gorzej. Oczywiście, że nie wspomniała o tym w głos, ale dobrze było widzieć przyjaciółkę, która powoli stawała na nogi, szczególnie po tym, co przydarzyło jej się w Beltane.
Uścisnęła Millie dość mocno, naprawdę cieszyła się, że żyje, niby taka prosta rzecz, a wcale nie tak oczywista, jakby mogło się wydawać. - Złego diabły nie wezmą. - Powiedziała lekko, w jej głosie było czuć przekonanie, że naprawdę w to wierzy. Odsunęła się w końcu na krok.
- Dobrze wyglądasz. - Nie mogła powstrzymać się od komentarza, chciała, żeby wiedziała, że to zauważyła, chociaż nie miała pewności, czy jest to potrzebne.
- Tak, mam się gdzie zatrzymać. Moje mieszkanie w Londynie trochę oberwało, ale poza nim mam kilka innych miejsc, gdzie jestem mile widziana. Wiesz, rodzina i te sprawy. - Wolała nie mówić, że przebywa teraz u jednego ze swoich przyjaciół im mniej osób o tym wiedziało, tym lepiej. Do tego raczej najszybciej nasuwającą się myślą było to, że wróciła do Snowdonii, jej bowiem nie dotknęły pożary.
- Nie do końca angażowałam się w gaszenie pożaru, ale też nie chowałam się gdzie popadnie. - To brzmiało trochę nijako, ale nie miała pojęcia, czy był to odpowiedni moment na to, by dzielić się z Moody problemami, które ostatnio dość mocno mieszały w jej życiu.
- Mieliście dużo roboty, prawda? Tak właściwie mam wrażenie, że ministerstwo chyba nie do końca sobie poradziło z tym, co się działo. - Była na ulicach, widziała na własne oczy ich opieszałość. Jasne, pewnie nie mieli jakiegoś awaryjnego planu, ale ten chaos... cóż, świadczył sam za siebie. Nie, żeby miała coś do zarzucenia Millie, bo przecież była jedną z wielu mrówek, które tam pracowały.
- To co, piwo? Chyba od tego warto zacząć. - Bez sensu było marnować czas, skoro mogły przy okazji uraczyć się złocistym trunkiem.