Cornelius, kołysząc się z Romulusem w tandemie jak dwie bezradne ryby oderwane od dna przez wir wodny, jedynie przymknął oczy i pomyślał z goryczą, że następnym razem, gdy ktoś zapyta go, dlaczego unika towarzystwa niektórych ludzi, będzie mógł po prostu wskazać w niebo i powiedzieć: „Dlatego.” To miało być normalne ognisko, nic więcej, a nagle szybowali w powietrzu i nie wiedzieli, gdzie, ani jak wylądują.
Palma, jak się okazało, nie była szczególnie skora do współpracy, jej liście, może i imponujące z dołu - zielone wachlarze, które leniwie kiwały się na wietrze, nadając całemu pejzażowi nieco egzotyczny wygląd riwiery - z bliska okazały się nieprzyjemnie szorstkie, giętkie w sposób nieużyteczny i, co najgorsze, absolutnie nieprzystosowane do utrzymywania dorosłego mężczyzny w zawieszeniu nad ziemią, co dopiero mówić o dwóch. A jednak Cornelius, z niechętnym wyrazem twarzy i determinacją człowieka, który już dawno przestał liczyć na cud, ale nie stracił resztek desperacji, wyciągnął rękę i chwycił się najbliższego rozgałęzienia, zdołał zahaczyć się drzewo w sposób, który nie należał ani do estetycznych, ani szczególnie wygodnych, ale przynajmniej skutecznie spowolnił ich niechciane wznoszenie ku atmosferze. Przez chwilę wisiał więc w tej niedorzecznej pozie, kołysząc się między światem, gdzie jeszcze przed paroma minutami rozważał, czy wypada zapalić drugą fajkę z rzędu, a tym, w którym ludzie naprawdę odrywają się od ziemi, nie mając pojęcia, jak temu zaradzić.
W dodatku, zanim Lestrange zdążył przeanalizować, czy przypadkiem nie ma jakiegoś sposobu, by upadając z tej pozycji się nie zabić, zaklęcie, które ich unosiło, znikło. Po prostu prysnęło, uczucie było nagłe, brutalne i całkowicie niekonsultowane, jak wszystko. Powietrze przestało stawiać opór, ciężar powrócił, ale nie, jako miłe przypomnienie o ziemskiej grawitacji, ale jako bezlitosne szarpnięcie ku dołowi, które sprawiło, że wszystkie wnętrzności Corneliusa wywinęły koziołka. Mężczyzna przez krótką, absurdalnie długą sekundę balansował, próbując zdecydować, czy warto się ratować, z całym tym żenującym dramatyzmem, czy lepiej po prostu pogodzić się z losem i dołączyć do Romulusa na dole, gdziekolwiek ten miał wylądować przed nim.
Tak, ponieważ Romulus powinien spaść jako pierwszy, to należałoby do tych zjawisk, które niosłyby w sobie coś głęboko sprawiedliwego i satysfakcjonującego z tej czystej, niepodważalnej równowagi wszechświata - wzniósł się pierwszy, to powinien spaść pierwszy. Cornelius spojrzał na niego z góry, metaforycznie, bo dosłownie trzymał drzewo, czekając na moment, gdy Roman zleci z jękiem i hukiem, który będzie sugerował, że upadł na coś równie twardego, co jego pusta łepetyna. Gdzieś w tle dało się słyszeć trzaśnięcie, jakby pękało drewno albo dupa, albo może oba na raz. Rozległ się paskudny dźwięk, potem coś między chrupnięciem a skrzypnięciem, na jakich odgłos, Lestrange, który wciąż jeszcze trzymał się palmy, zmarszczył lekko brwi. Drzewo się zakołysało.
Cornelius, bez większej nadziei, próbował jeszcze poprawić uchwyt, ale było już za późno, przeciążenie, grawitacja i zmęczenie jego ciała sprzymierzyły się. Spadał z tą fatalistyczną, niemal fizycznie ciężką świadomością, że oto wydarza się kolejna z tych rzeczy, których nie planował, nie chciał, nie zamówił i które najpewniej skończą się otarciami, sińcami oraz jeszcze jednym powodem do skopania dupy kogokolwiek, kto był odpowiedzialny za całą sytuację, czyli pewnie głównie Romka, bo nikt inny na pewno miał się nie przyznać. Minął kokosa, minął coś, co wyglądało jak zbłąkana papuga, choć miał nadzieję, że to tylko halucynacja, a potem w końcu wylądował i to „wylądował” wcale nie było słowem mocno na wyrost. Spadł miękko, na hamak, przed Romulusem, ale bezpiecznie. Chwała losowi.