16.06.2025, 22:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.06.2025, 23:17 przez Alexander Mulciber.)
– Co – jęknął Alexander, klapnąwszy na ziemię, plecami opierając się o kamień.
Niczego już nie rozumiał.
– To po jaką cholerę się ze mną bijesz? – zapytał, a szczere zdziwienie, wręcz pretensja, przebrzmiały w jego głosie, gdy przerwał Hatiemu. Było coś niecodziennego w tym pytaniu, bo w sytuacjach takich jak ta, Alex nie zwykł nigdy pytać "dlaczego". Ostatecznie nie miało już znaczenia, o co, albo o kogo poszło. Gdy padały ciosy, nie dbało się już o motywację, która potrzebna była do uniesienia pięści. "Dlaczego" nie miało znaczenia. Traciło je w tej samej chwili, w której wywarczane przez zęby obelgi zyskiwały znamiona czynu dokonanego. Pozostawało tylko rzucić się naprzód, postawić wszystko na jedną kartę, postąpić tak, jak postępował zawsze Alexander. Tak jak został wychowany – z tarczą albo na tarczy, ale nigdy bez niej. A jednak chłopięce "po cholerę się ze mną bijesz" padło tym razem, wypowiedziane na głos. Naiwne, niemal dziecinne pytanie, w którym nie było drwiny, a jedynie szczere niezrozumienie. Jak gdyby wciąż byli jedenastolatkami, a jeden drugiego nieoczekiwanie zdzielił przez łeb kijem od miotły na zajęciach z latania, kiedy nauczyciel odwrócił na chwilę wzrok. Przechylona lekko głowa, grymas na twarzy, zmarszczone pytająco brwi. "O co ci chodzi", pytały oczy, które wtedy jeszcze potrafiły pytać.
Zamiast pierdolić w liście o Charliem, o tym gówniarzu, który psuł imię rodu w sposób, jaki Alexowi nawet nie przyszedłby do głowy, Hati mógł po prostu zapytać go, jak się ma. Zamiast punktować mu błędy, których Mulciber popełnił w życiu wiele, mógłby opowiedzieć o tym, dlaczego postanowił nagle wrócić do tej zapchlonej, zaszczanej Anglii. Zamiast przywoływać imię jego brata, mógł przywołać ich wspólne wspomnienia. Ale on po prostu wpierdolił się w to wszystko z gracją wilkołaka zamkniętego w rzeźni, wybierając przemoc. Jaki jest twój, kurwa, problem?, pomyślał Mulciber, łypiąc gniewnie na starego przyjaciela.
Po co Greyback go prowokował, pisząc w liście wszystkie te rzeczy na temat jego rodziny? Wszystko tylko po to, żeby teraz próbować przekonywać Mulcibera o tym, że ten wciąż ma jeszcze wartość jako człowiek? Alexander tego nie chciał. Więcej, on tego nie potrzebował. A jednak wszyscy uparcie mu o tym przypominali. Być może była to jedna z tych niezbywalnych cech bycia ćpunem, poza zaburzeniami poznawczymi i nieustannym drętwieniem rąk. Poza ubytkami w czuciu i percepcji oraz okazjonalnymi napadami kołatania serca, które zawsze przychodziło z paniką. Poza znajomym ssaniem w żołądku, wspomnieniem głodu, który potrafił wybudzić go nawet z najgłębszego snu. Ludzie zawsze patrzyli na niego inaczej, bo zawsze był inny, ale dopiero gdy zaczął brać, poczuł na sobie ciężar ich spojrzeń. Brał więc więcej, żeby nie czuć nic. A może żeby czuć wszystko. Nieważne. Bycie ćpunem wiązało się ze zbyt wieloma wzniosłymi pytaniami, na które wszyscy chcieli usłyszeć równie wzniosłe odpowiedzi. Jestem coś wart. Zasługuję na to, żeby wyzdrowieć. Nie jestem więźniem swojego uzależnienia. Mam wokół siebie ludzi, którym na mnie zależy. Biorę na barki odpowiedzialność za swoje wybory. Wybieram życie. I tak w kółko, i w kółko, do jebanego porzygu. Nie mógł znieść Diany, gdy wychodziła z detoksu i skandowała sennie pod nosem wciąż te same dyrdymały, nie odzywał się jednak, wierząc, że być może jej będą w stanie pomóc. Alexander nie szukał pomocy. Nie szukał współczucia. Jego problem nie leżał w tym, że był zbyt "wrażliwy", żeby żyć. Nie leżał też w tym, że wydawał się zbyt "waleczny", żeby się z tym życiem rozstać. On nie ćpał jak Diana czy Loretta. Nie ćpał jak Albert. Nie wciągał rekreacyjnie kokainy, nie brał stymulantów po to, żeby podbić sobie pewność siebie, poczuć ogień w żyłach, buzowanie krwi pod czaszką. Nie, on zawsze się znieczulał. Był opiowrakiem, rozsmakowanym w ogłuszających zmysły opioidach, które zapewniały przyjemne wrażenie dryfowania na granicy między snem a jawą, pomagając znosić ból rzeczywistości. Brał morfinę, ale morfinę trudniej było dostać niż heroinę, więc brał heroinę. A gdy nie było heroiny, brał to, co było. Znieczulony. Zmulony. Bezpiecznie zdystansowany. Nienawidził tego uczucia. Kochał je. Potrzebował go. Potrzebował dystansu od samego siebie. Od prześladujących go wizji. Od niekończących się wersji tego, co było, a co mogło być, od proroctw, które rodziły się i ginęły w przestrzeni wyobraźni, od niespełnionych snów, pochowanych pod powiekami.
Alexander Mulciber przepowiadał przyszłość, której nie potrafił zmienić.
Nie było narkotyku wystarczająco silnego, aby mógł uspokoić bezradność, jaką czuje mężczyzna, gdy wszystko wymyka mu się z rąk. Rąk, które kiedyś były silne, teraz jednak zbyt często drżały, jak u słabeusza. Ale po cóż była mu siła, skoro pozostawał bezsilny wobec własnych przepowiedni? Silniejsi od niego polegli w walce z przeznaczeniem. Była to bowiem walka ustawiona, walka, o której wiedział z góry, że jest przegrana. Kasyno zawsze wygrywa, rzucał z uśmiechem do Lorien, odchodząc od stołu do pokera, na którym zostawił zbyt dużo pieniędzy. Hazard pomagał. Trochę łatwiej było mu potem pozostawiać za sobą kolejne wersje przyszłości, którą przegrywał, grając w karty z losem. Ale to przecież nie poczucie utraty bolało najbardziej. To nadzieja, że los wciąż może się jeszcze odmienić, była dla niego najgorsza.
W Rumunii pozbył się tej nadziei. Niektórzy powiedzieliby, że nie można żyć bez nadziei, ale Alexander uważał, że żyje mu się jakoś lżej, odkąd zdechła. Wstał razem ze słońcem, a potem przeszedł się pośród rozkopanych pól, aby zakopać truchło. Czy uczyli cię jakich modlitw w dzieciństwie, zapytał Lorien, wygarniając ptasie pióro zabłąkane pośród jej włosów, gdy się wreszcie przebudziła. Chciałbym za coś podziękować. Dostał to, przed czym wielu drżało. Dar. Wizję tego, jak odejdzie. Wielu jasnowidzów wzdragało się na myśl o wizji własnej śmierci. Wielu jej wyczekiwało. Jego własna matka żyła w zawieszeniu, nie wiedząc, kiedy i jej czas nadejdzie. Alexander wiele razy myślał o śmierci. O samobójstwie. Ale teraz – teraz, kiedy wiedział, że dane mu będzie odejść w taki, a nie inny sposób – teraz myślał wreszcie o życiu. Teraz był wreszcie pogodzony z tym, że nie może nic zmienić. Pozwól sobie popłynąć z nurtem, szeptała tafla jeziora we śnie. W swoim śnie, Alexander wreszcie poczuł się szczęśliwy. Wejdź do wody.
Nie spodziewał się odnaleźć szczęścia w Rumunii. A jednak odnalazł je tam, gdzie zagubił je przed laty.
Hati Greyback nie musiał mu mówić, kim jest. Alexander Mulciber mógłby nawet docenić, że przyjaciel widzi w nim kogoś podobnego do siebie. Kogoś... Zezwierzęconego, a jednak ludzkiego. Że widzi w nim kogoś silnego. Kogoś, kto dostrzega więcej niż inni. Kogoś innego niż inni. Ale Alexander Mulciber naprawdę był psem. Niewdzięcznym, jebanym kundlem ze skołtunioną sierścią, bo przecież loki, które pojawiały się w jego włosach, gdy nie strzygł się zbyt długo, odziedziczył po matce z cygańskiej braci, nie po ojcu z Mulciberów. Doskonała hodowla czystej krwi anglosaskich psów gończych z rodowodem zbrukanym przez jedną zdziczałą sukę. Ile razy przyszło mu tego wysłuchiwać? Zbyt wiele. Nauczył się zagłuszać te słowa swym jebanym ujadaniem. Spróbuj zabić wściekłego psa, mówiły jego oczy. No, spróbuj. Psy biegały rozszczekane u stóp Hekaty, łasiły się do kolan Apolla, gdy brał je na swe łowy. Czasem, nie wiedzieć czemu, skomlały smutno, podkuliwszy ogony, częściej jednak skakały do gardeł, błyskając bielą ostrych zębów. Nie krzyczały o pomoc. Zawodziły do księżyca, na którego łonie składał głowę syn Hypnosa, zsyłający prorocze sny.
Alexander nie znajdował w tym hańby.
Może dlatego zignorował przemowę przyjaciela, nieważne jak żarliwą, skupiając się li tylko na ostatnich jego słowach.
– Może i ktoś tak kiedyś powiedział – skwitował chłodno Alexander, łapiąc się na tym, że nawiązuje mimowolnie do sposobu, w jaki często formułowała swe najprzedniejsze myśli Lorien. "Kiedyś" mogło odnosić się zarówno do trwającej właśnie chwili, jak i do momentu, w którym decydowała, że powinna podkreślić swoją wyższość. Nieważne, czy powodowana była wówczas urażoną dumą, smutkiem odrzucenia, czy zwykłą fanaberią. "Ktoś" najczęściej oznaczał bowiem nikogo innego, jak ją samą. Ktoś tak kiedyś powiedział... – Ktoś, kto sam autorem nigdy się nie mienił, ale przyjaźnił się z chłopakiem, który miał marzenie autorem zostać. No i co? Zostałeś nim, Greyback?
Splunął na ziemię obok, po czym wsadził łapę do gęby, przesuwając palcami wzdłuż rzędu zębów, żeby sprawdzić, czy żaden z nich nie obluzował się po bójce. Wypluł przed chwilą jednego, nie potrzebował więcej plomb.
Niczego już nie rozumiał.
– To po jaką cholerę się ze mną bijesz? – zapytał, a szczere zdziwienie, wręcz pretensja, przebrzmiały w jego głosie, gdy przerwał Hatiemu. Było coś niecodziennego w tym pytaniu, bo w sytuacjach takich jak ta, Alex nie zwykł nigdy pytać "dlaczego". Ostatecznie nie miało już znaczenia, o co, albo o kogo poszło. Gdy padały ciosy, nie dbało się już o motywację, która potrzebna była do uniesienia pięści. "Dlaczego" nie miało znaczenia. Traciło je w tej samej chwili, w której wywarczane przez zęby obelgi zyskiwały znamiona czynu dokonanego. Pozostawało tylko rzucić się naprzód, postawić wszystko na jedną kartę, postąpić tak, jak postępował zawsze Alexander. Tak jak został wychowany – z tarczą albo na tarczy, ale nigdy bez niej. A jednak chłopięce "po cholerę się ze mną bijesz" padło tym razem, wypowiedziane na głos. Naiwne, niemal dziecinne pytanie, w którym nie było drwiny, a jedynie szczere niezrozumienie. Jak gdyby wciąż byli jedenastolatkami, a jeden drugiego nieoczekiwanie zdzielił przez łeb kijem od miotły na zajęciach z latania, kiedy nauczyciel odwrócił na chwilę wzrok. Przechylona lekko głowa, grymas na twarzy, zmarszczone pytająco brwi. "O co ci chodzi", pytały oczy, które wtedy jeszcze potrafiły pytać.
Zamiast pierdolić w liście o Charliem, o tym gówniarzu, który psuł imię rodu w sposób, jaki Alexowi nawet nie przyszedłby do głowy, Hati mógł po prostu zapytać go, jak się ma. Zamiast punktować mu błędy, których Mulciber popełnił w życiu wiele, mógłby opowiedzieć o tym, dlaczego postanowił nagle wrócić do tej zapchlonej, zaszczanej Anglii. Zamiast przywoływać imię jego brata, mógł przywołać ich wspólne wspomnienia. Ale on po prostu wpierdolił się w to wszystko z gracją wilkołaka zamkniętego w rzeźni, wybierając przemoc. Jaki jest twój, kurwa, problem?, pomyślał Mulciber, łypiąc gniewnie na starego przyjaciela.
Po co Greyback go prowokował, pisząc w liście wszystkie te rzeczy na temat jego rodziny? Wszystko tylko po to, żeby teraz próbować przekonywać Mulcibera o tym, że ten wciąż ma jeszcze wartość jako człowiek? Alexander tego nie chciał. Więcej, on tego nie potrzebował. A jednak wszyscy uparcie mu o tym przypominali. Być może była to jedna z tych niezbywalnych cech bycia ćpunem, poza zaburzeniami poznawczymi i nieustannym drętwieniem rąk. Poza ubytkami w czuciu i percepcji oraz okazjonalnymi napadami kołatania serca, które zawsze przychodziło z paniką. Poza znajomym ssaniem w żołądku, wspomnieniem głodu, który potrafił wybudzić go nawet z najgłębszego snu. Ludzie zawsze patrzyli na niego inaczej, bo zawsze był inny, ale dopiero gdy zaczął brać, poczuł na sobie ciężar ich spojrzeń. Brał więc więcej, żeby nie czuć nic. A może żeby czuć wszystko. Nieważne. Bycie ćpunem wiązało się ze zbyt wieloma wzniosłymi pytaniami, na które wszyscy chcieli usłyszeć równie wzniosłe odpowiedzi. Jestem coś wart. Zasługuję na to, żeby wyzdrowieć. Nie jestem więźniem swojego uzależnienia. Mam wokół siebie ludzi, którym na mnie zależy. Biorę na barki odpowiedzialność za swoje wybory. Wybieram życie. I tak w kółko, i w kółko, do jebanego porzygu. Nie mógł znieść Diany, gdy wychodziła z detoksu i skandowała sennie pod nosem wciąż te same dyrdymały, nie odzywał się jednak, wierząc, że być może jej będą w stanie pomóc. Alexander nie szukał pomocy. Nie szukał współczucia. Jego problem nie leżał w tym, że był zbyt "wrażliwy", żeby żyć. Nie leżał też w tym, że wydawał się zbyt "waleczny", żeby się z tym życiem rozstać. On nie ćpał jak Diana czy Loretta. Nie ćpał jak Albert. Nie wciągał rekreacyjnie kokainy, nie brał stymulantów po to, żeby podbić sobie pewność siebie, poczuć ogień w żyłach, buzowanie krwi pod czaszką. Nie, on zawsze się znieczulał. Był opiowrakiem, rozsmakowanym w ogłuszających zmysły opioidach, które zapewniały przyjemne wrażenie dryfowania na granicy między snem a jawą, pomagając znosić ból rzeczywistości. Brał morfinę, ale morfinę trudniej było dostać niż heroinę, więc brał heroinę. A gdy nie było heroiny, brał to, co było. Znieczulony. Zmulony. Bezpiecznie zdystansowany. Nienawidził tego uczucia. Kochał je. Potrzebował go. Potrzebował dystansu od samego siebie. Od prześladujących go wizji. Od niekończących się wersji tego, co było, a co mogło być, od proroctw, które rodziły się i ginęły w przestrzeni wyobraźni, od niespełnionych snów, pochowanych pod powiekami.
Alexander Mulciber przepowiadał przyszłość, której nie potrafił zmienić.
Nie było narkotyku wystarczająco silnego, aby mógł uspokoić bezradność, jaką czuje mężczyzna, gdy wszystko wymyka mu się z rąk. Rąk, które kiedyś były silne, teraz jednak zbyt często drżały, jak u słabeusza. Ale po cóż była mu siła, skoro pozostawał bezsilny wobec własnych przepowiedni? Silniejsi od niego polegli w walce z przeznaczeniem. Była to bowiem walka ustawiona, walka, o której wiedział z góry, że jest przegrana. Kasyno zawsze wygrywa, rzucał z uśmiechem do Lorien, odchodząc od stołu do pokera, na którym zostawił zbyt dużo pieniędzy. Hazard pomagał. Trochę łatwiej było mu potem pozostawiać za sobą kolejne wersje przyszłości, którą przegrywał, grając w karty z losem. Ale to przecież nie poczucie utraty bolało najbardziej. To nadzieja, że los wciąż może się jeszcze odmienić, była dla niego najgorsza.
W Rumunii pozbył się tej nadziei. Niektórzy powiedzieliby, że nie można żyć bez nadziei, ale Alexander uważał, że żyje mu się jakoś lżej, odkąd zdechła. Wstał razem ze słońcem, a potem przeszedł się pośród rozkopanych pól, aby zakopać truchło. Czy uczyli cię jakich modlitw w dzieciństwie, zapytał Lorien, wygarniając ptasie pióro zabłąkane pośród jej włosów, gdy się wreszcie przebudziła. Chciałbym za coś podziękować. Dostał to, przed czym wielu drżało. Dar. Wizję tego, jak odejdzie. Wielu jasnowidzów wzdragało się na myśl o wizji własnej śmierci. Wielu jej wyczekiwało. Jego własna matka żyła w zawieszeniu, nie wiedząc, kiedy i jej czas nadejdzie. Alexander wiele razy myślał o śmierci. O samobójstwie. Ale teraz – teraz, kiedy wiedział, że dane mu będzie odejść w taki, a nie inny sposób – teraz myślał wreszcie o życiu. Teraz był wreszcie pogodzony z tym, że nie może nic zmienić. Pozwól sobie popłynąć z nurtem, szeptała tafla jeziora we śnie. W swoim śnie, Alexander wreszcie poczuł się szczęśliwy. Wejdź do wody.
Nie spodziewał się odnaleźć szczęścia w Rumunii. A jednak odnalazł je tam, gdzie zagubił je przed laty.
Hati Greyback nie musiał mu mówić, kim jest. Alexander Mulciber mógłby nawet docenić, że przyjaciel widzi w nim kogoś podobnego do siebie. Kogoś... Zezwierzęconego, a jednak ludzkiego. Że widzi w nim kogoś silnego. Kogoś, kto dostrzega więcej niż inni. Kogoś innego niż inni. Ale Alexander Mulciber naprawdę był psem. Niewdzięcznym, jebanym kundlem ze skołtunioną sierścią, bo przecież loki, które pojawiały się w jego włosach, gdy nie strzygł się zbyt długo, odziedziczył po matce z cygańskiej braci, nie po ojcu z Mulciberów. Doskonała hodowla czystej krwi anglosaskich psów gończych z rodowodem zbrukanym przez jedną zdziczałą sukę. Ile razy przyszło mu tego wysłuchiwać? Zbyt wiele. Nauczył się zagłuszać te słowa swym jebanym ujadaniem. Spróbuj zabić wściekłego psa, mówiły jego oczy. No, spróbuj. Psy biegały rozszczekane u stóp Hekaty, łasiły się do kolan Apolla, gdy brał je na swe łowy. Czasem, nie wiedzieć czemu, skomlały smutno, podkuliwszy ogony, częściej jednak skakały do gardeł, błyskając bielą ostrych zębów. Nie krzyczały o pomoc. Zawodziły do księżyca, na którego łonie składał głowę syn Hypnosa, zsyłający prorocze sny.
Alexander nie znajdował w tym hańby.
Może dlatego zignorował przemowę przyjaciela, nieważne jak żarliwą, skupiając się li tylko na ostatnich jego słowach.
– Może i ktoś tak kiedyś powiedział – skwitował chłodno Alexander, łapiąc się na tym, że nawiązuje mimowolnie do sposobu, w jaki często formułowała swe najprzedniejsze myśli Lorien. "Kiedyś" mogło odnosić się zarówno do trwającej właśnie chwili, jak i do momentu, w którym decydowała, że powinna podkreślić swoją wyższość. Nieważne, czy powodowana była wówczas urażoną dumą, smutkiem odrzucenia, czy zwykłą fanaberią. "Ktoś" najczęściej oznaczał bowiem nikogo innego, jak ją samą. Ktoś tak kiedyś powiedział... – Ktoś, kto sam autorem nigdy się nie mienił, ale przyjaźnił się z chłopakiem, który miał marzenie autorem zostać. No i co? Zostałeś nim, Greyback?
Splunął na ziemię obok, po czym wsadził łapę do gęby, przesuwając palcami wzdłuż rzędu zębów, żeby sprawdzić, czy żaden z nich nie obluzował się po bójce. Wypluł przed chwilą jednego, nie potrzebował więcej plomb.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat