17.06.2025, 10:59 ✶
Ole Brumm Brumm?
Jaki znowu Ole Brumm Brumm? Zmarszczyła brwi, poruszając niemo usteczkami, gdy tak patrzyła na literki. Manieryzm ewidentnie przejęty po Baldwinie, tylko że tata na pewno mruczałby pod nosem brzydkie słowa. Takie, których Fridzie nie wolno było nawet myśleć, bo mama zaraz wiedziała co Frida myśli i wytargałaby ją za ucho, tak jak kiedyś wytargała tatę jak za głośno powiedział to jedno słówko co się zaczynało na “PI”, w środku miało “Z”, a kończyło na “DA”. Tacie co prawda ucho nie odpadło, ale co jakby jej odpadło? Z takim odpadniętym uszkiem to same problemy! I nawet chciała się dowiedzieć co to znaczy, ale wolała nie pytać mamy i nie ryzykować uszka. Ale! Ona już gdzieś kiedyś widziała to słówko i to chyba było u tego pana co czasem przychodził kupować kwiatki. Bo tata ją raz zabrał do tego pana na obiad i to na pewno było to! P-I-Z-Z-A. Zgadzały się prawie wszystkie literki, bo Frida sobie to słówko nawet zapisała i schowała bardzo bardzo głęboko pomiędzy książeczkami, tam gdzie ani mama ani tata nie zaglądają. Czyli wystarczyło zapytać tego pana jak przyjdzie następnym razem. Tylko trzeba wpierw wybadać czy pan od kwiatków nie jada takich małych ghoulek. Ale skoro kupował zawsze kwiatki może był jak taki jeden zajączek, którego kiedyś widziała jak jadł trawę? Mama wtedy powiedziała, że nie wszystkie zwierzątka jedzą mięsko, ale małe ghoulki muszą je jeść, bo nie są zajączkami. Ale może pan od kwiatków był.
Pokiwała do swoich własnych myśli głową, uznając, że to ma sens. Pozwoliła się wziąć na ręce, przytulając do siebie starą książeczkę i opierając głowę o ramię nie-mamy. Ładnie pachniała, chociaż nie tak jak tata i mama. Frida nie wiedziała czym dokładnie czasem pachnieli jej rodzice, ale była to dziwna mieszanka popiołu, dymu i czegoś jeszcze. Pachnieli trochę tak jak w jej pamięci pachniał Nokturn. Przymknęła oczy.
A potem nie-mama zaczęła opowiadać jak poznała tatę, co było szalenie wręcz interesujące.
Miesiąc? To chyba długo. Albo krótko. Albo nie za krótko ani nie za długo tylko tak w sam raz. Nie była pewna, ale nie-mama mówiła to takim tonem jak mama, kiedy Frida zostawiła zabawki na środku pokoju i przez kilka dni ich nie schowała do skrzyni. Tak jakby wcale nie długo, ale przy okazji o wiele za długo! Bezsensu!
Słysząc o wybawieniu z opresji, aż się dziecku oczy zaświeciły. To brzmiało jakby nie-mama była księżniczką! I jakby tata był rycerzem i ją uratował przed wielkim strasznym smokiem z wieży. To dlatego nie-mama teraz tutaj mieszkała? Nie chciała wracać do wieży? Zrozumiałe. Frida też by nie chciała. W takiej wieży to musi być człowiekowi strasznie, strasznie nudno. A przy tacie nigdy nie było nudno, więc chyba lepiej być przy tacie niż ze smokiem. Chociaż smoki są super fajne. Chciałaby mieć smoka. Mógłby spać z nią w łóżku i zjadałby wszystkich, którzy mówili że ma krzywe uszy. Raz słyszała jak taki jeden głupi chłopak tak powiedział, a jego uszy wcale nie były prostsze! Potem tata się zaśmiał i powiedział, że tylko ją tak zaczepia, bo ją pewnie lubi. Jakby miała smoka to by już więcej jej nie zaczepiał.
Zastanowiła się przez moment. Nie pamiętała dokładnie jak tata został jej tatą. Wspomnienia z tamtego czasu i czasu przed zawsze były jak za mgłą. Pamiętała, że najpierw taty nie było, potem tata był, a potem była też mama. A teraz było jeszcze tyle osób, że aż trudno zapamiętać to wszystko i wszystkich! Biedna mała ghoulia główka nie była przyzwyczajona do pamiętania tylu ważnych rzeczy.
Usadzona na blacie, po prostu rozłożyła książeczkę na kolankach, machając gołymi stópkami w powietrzu. Gdzie się podziały bamboszki? Tego nikt nie wiedział! Przewróciła parę kartek, próbując w półmroku oglądać rysunki w książeczce.
Czy miała swoją ulubioną postać? Hm.. Wydęła lekko usteczka, zastanawiając się nad pytaniem. Trudne się wylosowało. Miś był jej ulubiony, bo był taki fajny i żółciutki i miał czerwony kubraczek. I jadł miodek tak jak ona. Chociaż nie była pewna czy misiowi smakowałyby karaluchy w miodowej skorupce, które przywodził stary nie-tata. I dobrze, bo pewnie wszystkie by jej zjadł. Ale prosiaczek też był jej ulubiony, nawet jeśli się wszystkiego bał. I osiołek był ulubiony, bo mieszkał w domku z patyczków i wszyscy bardzo go lubili! I tygrysek, tygrysek był jej ulubiony, bo tak zabawnie skakał. Jej nie wolno było skakać po łóżku czy schodach. Ale ona nie była tygryskiem. Nie lubiła królika. Królik był głupi. Sowa była jej ulubiona, bo była bardzo bardzo mądra! I mama kangurzyca z kangurzątkiem. Ojej to prawie jak ona z mamą, tylko jej mama nie zmieściłaby jej w kieszeni fartuszka. Westchnęła głęboko.
Wszystkich lubiła! Poza królikiem. Jebać królika jakby powiedział tata. Nie-mama musiała znaleźć jakiś inny zestaw pytań.
W słabym świetle bijącym od lampki i wpadających przez kuchenne okno blasku latarni ulicznych, Frida rzeczywiście wyglądała jak biedniejsza wersja jakiegoś biblijnego aniołka. Takiego, które wytargali dopiero co ze stajenki, bo chciał wleźć Jezuskowi do żłóbka i się przytulić do bobaska, ale nadal aniołka. Jej z reguły zaczesane w mniej lub bardziej ładne warkocze (w zależności kogo dopadła ze swoimi kolorowymi spinkami i wstążkami) aktualnie układały się w sianowatych, niefrasobliwych lokach. Pewnie jakby sprawdzić to znalazłoby się wetkniętych weń kilka lukrecjowych gryzków, które Frida zostawiła sobie na bliżej nieokreślone czasowo “później”. Jej długa koszula nocna po Lorraine, w kilku miejscach połatana i przeszyta, aktualnie była odrobinę pognieciona od leżenia pod kocem. Tylko nienaturalnie szary, ghouli odcień skóry, wielkie zielone oczyska i czerwone grube nici, które trzymały głowę dziewczynki w miejscu, przypominały, że nie jest panienką Malfoy. Choć Matka świadkiem, że co bardziej uparty doszukałby się nieistniejących podobieństw w kształcie buzi czy naturalnej mimice i ruchach.
Ziewnęła. A raczej udała ziewnięcie, bo wiedziała, że to robią ludzie, kiedy są zmęczeni. Przetarła oczko dłonią. Kolejny nawyk. Nagle ją olśniło. Co prawda mama powiedziała, że już dzisiaj nie wolno kakao, bo jak będzie tyle piła to jej się zalęgną w brzuchu czekoladowe żaby (co samo w sobie brzmiało fantastycznie), ale przecież nie-mama o tym nie wiedziała. Zamknęła powoli książeczkę, kompletnie tracąc zainteresowanie misiem. Zamiast tego, jak przystało na Bardzo Cierpliwe Dziecko złapała Scarlett za rękę, którą ta ją przytrzymywała przed lotem w dół i szarpnęła parę razy z cierpiętniczym więc błaganiem kogoś kto z pewnością umrze po raz kolejny jeśli nie dostanie tego czego chce, wskazując paluszkiem drugiej na obitą metalową puszkę w równie obite, brzydkie kwiatki, opisaną jako “kakao”.
Jaki znowu Ole Brumm Brumm? Zmarszczyła brwi, poruszając niemo usteczkami, gdy tak patrzyła na literki. Manieryzm ewidentnie przejęty po Baldwinie, tylko że tata na pewno mruczałby pod nosem brzydkie słowa. Takie, których Fridzie nie wolno było nawet myśleć, bo mama zaraz wiedziała co Frida myśli i wytargałaby ją za ucho, tak jak kiedyś wytargała tatę jak za głośno powiedział to jedno słówko co się zaczynało na “PI”, w środku miało “Z”, a kończyło na “DA”. Tacie co prawda ucho nie odpadło, ale co jakby jej odpadło? Z takim odpadniętym uszkiem to same problemy! I nawet chciała się dowiedzieć co to znaczy, ale wolała nie pytać mamy i nie ryzykować uszka. Ale! Ona już gdzieś kiedyś widziała to słówko i to chyba było u tego pana co czasem przychodził kupować kwiatki. Bo tata ją raz zabrał do tego pana na obiad i to na pewno było to! P-I-Z-Z-A. Zgadzały się prawie wszystkie literki, bo Frida sobie to słówko nawet zapisała i schowała bardzo bardzo głęboko pomiędzy książeczkami, tam gdzie ani mama ani tata nie zaglądają. Czyli wystarczyło zapytać tego pana jak przyjdzie następnym razem. Tylko trzeba wpierw wybadać czy pan od kwiatków nie jada takich małych ghoulek. Ale skoro kupował zawsze kwiatki może był jak taki jeden zajączek, którego kiedyś widziała jak jadł trawę? Mama wtedy powiedziała, że nie wszystkie zwierzątka jedzą mięsko, ale małe ghoulki muszą je jeść, bo nie są zajączkami. Ale może pan od kwiatków był.
Pokiwała do swoich własnych myśli głową, uznając, że to ma sens. Pozwoliła się wziąć na ręce, przytulając do siebie starą książeczkę i opierając głowę o ramię nie-mamy. Ładnie pachniała, chociaż nie tak jak tata i mama. Frida nie wiedziała czym dokładnie czasem pachnieli jej rodzice, ale była to dziwna mieszanka popiołu, dymu i czegoś jeszcze. Pachnieli trochę tak jak w jej pamięci pachniał Nokturn. Przymknęła oczy.
A potem nie-mama zaczęła opowiadać jak poznała tatę, co było szalenie wręcz interesujące.
Miesiąc? To chyba długo. Albo krótko. Albo nie za krótko ani nie za długo tylko tak w sam raz. Nie była pewna, ale nie-mama mówiła to takim tonem jak mama, kiedy Frida zostawiła zabawki na środku pokoju i przez kilka dni ich nie schowała do skrzyni. Tak jakby wcale nie długo, ale przy okazji o wiele za długo! Bezsensu!
Słysząc o wybawieniu z opresji, aż się dziecku oczy zaświeciły. To brzmiało jakby nie-mama była księżniczką! I jakby tata był rycerzem i ją uratował przed wielkim strasznym smokiem z wieży. To dlatego nie-mama teraz tutaj mieszkała? Nie chciała wracać do wieży? Zrozumiałe. Frida też by nie chciała. W takiej wieży to musi być człowiekowi strasznie, strasznie nudno. A przy tacie nigdy nie było nudno, więc chyba lepiej być przy tacie niż ze smokiem. Chociaż smoki są super fajne. Chciałaby mieć smoka. Mógłby spać z nią w łóżku i zjadałby wszystkich, którzy mówili że ma krzywe uszy. Raz słyszała jak taki jeden głupi chłopak tak powiedział, a jego uszy wcale nie były prostsze! Potem tata się zaśmiał i powiedział, że tylko ją tak zaczepia, bo ją pewnie lubi. Jakby miała smoka to by już więcej jej nie zaczepiał.
Zastanowiła się przez moment. Nie pamiętała dokładnie jak tata został jej tatą. Wspomnienia z tamtego czasu i czasu przed zawsze były jak za mgłą. Pamiętała, że najpierw taty nie było, potem tata był, a potem była też mama. A teraz było jeszcze tyle osób, że aż trudno zapamiętać to wszystko i wszystkich! Biedna mała ghoulia główka nie była przyzwyczajona do pamiętania tylu ważnych rzeczy.
Usadzona na blacie, po prostu rozłożyła książeczkę na kolankach, machając gołymi stópkami w powietrzu. Gdzie się podziały bamboszki? Tego nikt nie wiedział! Przewróciła parę kartek, próbując w półmroku oglądać rysunki w książeczce.
Czy miała swoją ulubioną postać? Hm.. Wydęła lekko usteczka, zastanawiając się nad pytaniem. Trudne się wylosowało. Miś był jej ulubiony, bo był taki fajny i żółciutki i miał czerwony kubraczek. I jadł miodek tak jak ona. Chociaż nie była pewna czy misiowi smakowałyby karaluchy w miodowej skorupce, które przywodził stary nie-tata. I dobrze, bo pewnie wszystkie by jej zjadł. Ale prosiaczek też był jej ulubiony, nawet jeśli się wszystkiego bał. I osiołek był ulubiony, bo mieszkał w domku z patyczków i wszyscy bardzo go lubili! I tygrysek, tygrysek był jej ulubiony, bo tak zabawnie skakał. Jej nie wolno było skakać po łóżku czy schodach. Ale ona nie była tygryskiem. Nie lubiła królika. Królik był głupi. Sowa była jej ulubiona, bo była bardzo bardzo mądra! I mama kangurzyca z kangurzątkiem. Ojej to prawie jak ona z mamą, tylko jej mama nie zmieściłaby jej w kieszeni fartuszka. Westchnęła głęboko.
Wszystkich lubiła! Poza królikiem. Jebać królika jakby powiedział tata. Nie-mama musiała znaleźć jakiś inny zestaw pytań.
W słabym świetle bijącym od lampki i wpadających przez kuchenne okno blasku latarni ulicznych, Frida rzeczywiście wyglądała jak biedniejsza wersja jakiegoś biblijnego aniołka. Takiego, które wytargali dopiero co ze stajenki, bo chciał wleźć Jezuskowi do żłóbka i się przytulić do bobaska, ale nadal aniołka. Jej z reguły zaczesane w mniej lub bardziej ładne warkocze (w zależności kogo dopadła ze swoimi kolorowymi spinkami i wstążkami) aktualnie układały się w sianowatych, niefrasobliwych lokach. Pewnie jakby sprawdzić to znalazłoby się wetkniętych weń kilka lukrecjowych gryzków, które Frida zostawiła sobie na bliżej nieokreślone czasowo “później”. Jej długa koszula nocna po Lorraine, w kilku miejscach połatana i przeszyta, aktualnie była odrobinę pognieciona od leżenia pod kocem. Tylko nienaturalnie szary, ghouli odcień skóry, wielkie zielone oczyska i czerwone grube nici, które trzymały głowę dziewczynki w miejscu, przypominały, że nie jest panienką Malfoy. Choć Matka świadkiem, że co bardziej uparty doszukałby się nieistniejących podobieństw w kształcie buzi czy naturalnej mimice i ruchach.
Ziewnęła. A raczej udała ziewnięcie, bo wiedziała, że to robią ludzie, kiedy są zmęczeni. Przetarła oczko dłonią. Kolejny nawyk. Nagle ją olśniło. Co prawda mama powiedziała, że już dzisiaj nie wolno kakao, bo jak będzie tyle piła to jej się zalęgną w brzuchu czekoladowe żaby (co samo w sobie brzmiało fantastycznie), ale przecież nie-mama o tym nie wiedziała. Zamknęła powoli książeczkę, kompletnie tracąc zainteresowanie misiem. Zamiast tego, jak przystało na Bardzo Cierpliwe Dziecko złapała Scarlett za rękę, którą ta ją przytrzymywała przed lotem w dół i szarpnęła parę razy z cierpiętniczym więc błaganiem kogoś kto z pewnością umrze po raz kolejny jeśli nie dostanie tego czego chce, wskazując paluszkiem drugiej na obitą metalową puszkę w równie obite, brzydkie kwiatki, opisaną jako “kakao”.