17.06.2025, 12:41 ✶
Zamknąłem oczy, nie chcąc pokazywać jej, jak bardzo cierpię. Potrzebowałem tych eliksirów. Potrzebowałem ich jak cholera. Jak diabli. Jak tlen. Nie byłem pewien, jak mógłbym pokazać jej skalę tej potrzeby... Może nie była to potrzeba tak pierwotna jak głód, bo ten... tego nie dałoby się opanować, nawet gdyby zamknęła mnie w piwnicy i zostawiła na tydzień. Ale to... To było coś innego.
Sypałem się. Kruszyłem w środku, kiedy zachowywałem trzeźwy umysł. Kiedy nie mogłem zmrużyć oczu, bo te okropne obrazy wracały jak Irytek, zalewały mnie krzykiem od środka, wygryzały dziury martwym śmiechem w głowie. Wisiały nade mną całe dnie, póki nie wstawałem. A kiedy już wstawałem i nie miałem nic do roboty, jak teraz, w ostatnim czasie, zaczynała się kolejna tura katorgi.
Bezczynność była dla mnie torturą. Cisza była krzykiem. A świadomość, że nie mogę tego zatrzymać... była wyrokiem. Nienawidziłem się coraz bardziej. Każdego dnia. Dlatego potrzebowałem tego. Potrzebowałem.
– Chcę zasnąć i spać. Przespać cały dzień, choćby tydzień, i wypocząć w końcu jak człowiek. Odkąd Kim wyjechała, nie śpię dobrze, a te skrawki snu, które się trafiają, i tak są przetkane koszmarami... W nich widzę siebie. I wszystkich po kolei. Nawet ciebie — przyznałem cicho, spuszczając wzrok. Wzdrygnąłem się, bo w głowie znowu mignęła mi jedna z tych wizji. Nie sen, tylko wspomnienie przefiltrowane przez coś mrocznego, coś, co nadpisywało obrazy krwią, bólem, jękami. Może mieszały mi się z rzeczywistością, ale przecież ta wcale nie była lżejsza. Tyle śmierci. Tyle winy. Tyle bezsilności, która paliła od środka.
– Potrzebuję tego, Ger – wyszeptałem z taką szczerością, że aż sam się jej przestraszyłem. – Nie po to, żeby uciekać. Po to, żeby przetrwać do jutra.
Wpatrywałem się w swoje dłonie, ale ich nie widziałem. Miałem przed oczami kolejne wyssane przeze mnie ofiary i to uczucie niewysłowionego, nienasyconego głodu. Potrzebę walki o każdą kolejną kroplę. I tę manipulacyjną część swojej natury, którą dopiero poznawałem, bo kiedyś... kiedyś nie potrzebowałem uciekać się do matactwa. Radziłem sobie sam świetnie, więc o co chodziło? Nie chciałem nikim manipulować, podpuszczać, grozić. Pragnąłem być dobry i szczery.
Ale najwyraźniej tak się nie dało.
Sypałem się. Kruszyłem w środku, kiedy zachowywałem trzeźwy umysł. Kiedy nie mogłem zmrużyć oczu, bo te okropne obrazy wracały jak Irytek, zalewały mnie krzykiem od środka, wygryzały dziury martwym śmiechem w głowie. Wisiały nade mną całe dnie, póki nie wstawałem. A kiedy już wstawałem i nie miałem nic do roboty, jak teraz, w ostatnim czasie, zaczynała się kolejna tura katorgi.
Bezczynność była dla mnie torturą. Cisza była krzykiem. A świadomość, że nie mogę tego zatrzymać... była wyrokiem. Nienawidziłem się coraz bardziej. Każdego dnia. Dlatego potrzebowałem tego. Potrzebowałem.
– Chcę zasnąć i spać. Przespać cały dzień, choćby tydzień, i wypocząć w końcu jak człowiek. Odkąd Kim wyjechała, nie śpię dobrze, a te skrawki snu, które się trafiają, i tak są przetkane koszmarami... W nich widzę siebie. I wszystkich po kolei. Nawet ciebie — przyznałem cicho, spuszczając wzrok. Wzdrygnąłem się, bo w głowie znowu mignęła mi jedna z tych wizji. Nie sen, tylko wspomnienie przefiltrowane przez coś mrocznego, coś, co nadpisywało obrazy krwią, bólem, jękami. Może mieszały mi się z rzeczywistością, ale przecież ta wcale nie była lżejsza. Tyle śmierci. Tyle winy. Tyle bezsilności, która paliła od środka.
– Potrzebuję tego, Ger – wyszeptałem z taką szczerością, że aż sam się jej przestraszyłem. – Nie po to, żeby uciekać. Po to, żeby przetrwać do jutra.
Wpatrywałem się w swoje dłonie, ale ich nie widziałem. Miałem przed oczami kolejne wyssane przeze mnie ofiary i to uczucie niewysłowionego, nienasyconego głodu. Potrzebę walki o każdą kolejną kroplę. I tę manipulacyjną część swojej natury, którą dopiero poznawałem, bo kiedyś... kiedyś nie potrzebowałem uciekać się do matactwa. Radziłem sobie sam świetnie, więc o co chodziło? Nie chciałem nikim manipulować, podpuszczać, grozić. Pragnąłem być dobry i szczery.
Ale najwyraźniej tak się nie dało.