17.06.2025, 14:18 ✶
– Miałem okazję, choć oczywiście teraz niewątpliwie mam okazję czynić to bardziej. – Bliżej. W tym hipnotyzującej aurze pytań, które nie padły, więc nie wymagały odpowiedzi. Był go ciekaw, nawet nie trzeba było udawać. Znał już smak gron z tego szczepu, ale czy każdy owoc byłby równie... słodki?
Sam mężczyzna nie unikał kontaktu fizycznego, choć ten przynosił intuicyjny dreszcz biegnący po kręgosłupie ludzi, którzy wyczuwali anomalię nawet jeśli nie byli jej w pełni świadomi. Wampir nie był lodowaty, jego zatrzymane w czasie ciało było jednak ponad wszelką wątpliwość martwe z perspektywy żyjących organizmów. Mógł markowac oddech, mrugać, ale gdy jego krew nie krążyła w żyłach, skóra i tkanki przyjmowały temperaturę otoczenia. Różnica nawet kilku stopni była banalna do wyczucia. A kilkunastu? Chłód palców mógł być mimo wszystko chroniczną chorobą, a strach ofiary łatwo można było odczytać jako elektryzującą chemię.
Gdy odpalał papierosa bezczelnie korzystał z tego, że może przyjrzeć się twarzy aktora z pozycji, która nigdy nie byłaby możliwością podczas scenicznego występu. Ciężki różany ogród wypełnił się zapachem wiśniowego dymu, gdy czarna cygaretka zaćmiła między nimi. Nie komentował istnienia zapalniczki. Zwykł łowić wśród mugoli - musiał znać ich zwyczaje i zabawki.
– Montbel. Gabriel Montbel. – Dzisiejszego wieczoru używał pełnego imienia, z którego znany był w czystokrwistej sociecie. Jean Baptiste Francois Gabriel de la Rochfoclaud Montbel. Czasy się zmieniły, ludzie żyli coraz szybciej i z zaskakującą łatwością lgnęli do możliwie prostych rozwiązań. Gabriel był imieniem prostszym do wymówienia poprawnie niż Jean.
– Spodziewałem się spotkać Pana te kilka godzin wcześniej na Śnie Nocy Letniej, które organizowali Avery... byłem bardzo rozczarowany brakiem tej możliwości, miło się zaskoczyć, odkryć że gwiazdy nie były jednak tak nieprzychylne. – zaciągnął się wprawnie, jego płucom kawałek dymu robił absolutnie nic. Jedyną trucizną która zabijała go z taką bezwzględną skutecznością było wzgardliwe milczenie ze strony byłego kochanka.
Sam mężczyzna nie unikał kontaktu fizycznego, choć ten przynosił intuicyjny dreszcz biegnący po kręgosłupie ludzi, którzy wyczuwali anomalię nawet jeśli nie byli jej w pełni świadomi. Wampir nie był lodowaty, jego zatrzymane w czasie ciało było jednak ponad wszelką wątpliwość martwe z perspektywy żyjących organizmów. Mógł markowac oddech, mrugać, ale gdy jego krew nie krążyła w żyłach, skóra i tkanki przyjmowały temperaturę otoczenia. Różnica nawet kilku stopni była banalna do wyczucia. A kilkunastu? Chłód palców mógł być mimo wszystko chroniczną chorobą, a strach ofiary łatwo można było odczytać jako elektryzującą chemię.
Gdy odpalał papierosa bezczelnie korzystał z tego, że może przyjrzeć się twarzy aktora z pozycji, która nigdy nie byłaby możliwością podczas scenicznego występu. Ciężki różany ogród wypełnił się zapachem wiśniowego dymu, gdy czarna cygaretka zaćmiła między nimi. Nie komentował istnienia zapalniczki. Zwykł łowić wśród mugoli - musiał znać ich zwyczaje i zabawki.
– Montbel. Gabriel Montbel. – Dzisiejszego wieczoru używał pełnego imienia, z którego znany był w czystokrwistej sociecie. Jean Baptiste Francois Gabriel de la Rochfoclaud Montbel. Czasy się zmieniły, ludzie żyli coraz szybciej i z zaskakującą łatwością lgnęli do możliwie prostych rozwiązań. Gabriel był imieniem prostszym do wymówienia poprawnie niż Jean.
– Spodziewałem się spotkać Pana te kilka godzin wcześniej na Śnie Nocy Letniej, które organizowali Avery... byłem bardzo rozczarowany brakiem tej możliwości, miło się zaskoczyć, odkryć że gwiazdy nie były jednak tak nieprzychylne. – zaciągnął się wprawnie, jego płucom kawałek dymu robił absolutnie nic. Jedyną trucizną która zabijała go z taką bezwzględną skutecznością było wzgardliwe milczenie ze strony byłego kochanka.