Faktycznie aktualnie pod względem wyglądu, czy sprawności fizycznej były swoimi przeciwieństwami. Millie wydawała się być bardzo krucha, mimo tego ogromnego ducha, który w niej siedział. Nie chodziło tylko o wzrost, który również je bardzo różnił, ale też o siłę. Geraldine od najmłodszych lat była szkolona na zostanie maszyną do zabijania, jej ciało było jej najważniejszą bronią, musiała o nie dbać, zdawała sobie sprawę, że może być odpowiedzialne za to, czy kolejnego dnia będzie stąpać po ziemi. Nie dało się ukryć, że ostatnie pół roku traktowała je odrobinę po macoszemu, tak jak za czasów gdy były jeszcze nastolatkami i niemalże codziennie raczyły się kremowym piwem, jednak to już było za nią. Jej życie w końcu miało się ustabilizować, właściwie to już się wydarzyło, mogło być tylko i wyłącznie lepiej, tak jak prawie dwa lata temu, gdy jeszcze znajdowała się na tej właściwej drodze, dobrze, że wróciła na tę ścieżkę, lepiej późno, niż wcale.
- To nie przez katastrofę, ale dzięki. - Tak naprawdę pożary nie warunkowały tego, co się z nią działo. Jasne, znalazła się wtedy w Londynie, tyle, że nie była to sprawa, w którą się jakoś specjalnie zaangażowała. Była wkurwiona o to, że jakiś pajac postanowił podpalić jej dom, jednak nie należała do osób szczególnie zaangażowanych w ten konflikt, uważała, że muszą być jakoś wyznaczone granice, wkurwiało ją to, że ktoś postanowił je przesuwać, bo przecież do tej pory żyło im się dobrze.
- Nie jesteście jedyni, chyba sporo osób spotkało to samo. - Nie musiała szukać daleko, jedną z tych osób był przecież Roise, ona miała trochę więcej szczęścia, ogień oszczędził jej mieszkanie w Londynie.
- Fakt, zawsze miałaś wiele kryjówek. - Nie miała pojęcia, skąd jej rodzina brała fundusze na te wszystkie nieruchomości, jak widać jednak całkiem nieźle sobie radzili.
- Wywróżyłaś sobie, że będziesz zapierdalać? - Cóż, skoro herbata to pokazała, to nie miała chyba innego wyjścia. Nie, żeby do Yaxleyówny przemawiały takie argumenty, bo sama raczej nie była osobą, która specjalnie wierzyła w takie czary - mary, ale skoro dla Millie było to drogowskazem, kimże była, aby negować słuszność postępowania według tego, co mówiły znaki. Każdy miał jakieś swoje powody, mniejsze, lub większe.
- Po Beltane można było się spodziewać, że Voldemort zrobi coś takiego, to nie był pierwszy raz. - Pamiętała też to, co wtedy się wydarzyło. Może nie znalazła się na polanie ognisk w trakcie tamtych ataków, jednak miała przyjemność przeczesywać las następnego ranka. Pamiętała, jak to wszystko wyglądało. Tego nie dało się zapomnieć. Póki co nie miała pojęcia, jak aktualnie wyglądał Londyn, bo nie wróciła do niego jeszcze od tamtej nocy, właściwie nie wydawało jej się, że ma czego szukać w stolicy, nie kiedy wszyscy jej bliscy znajdowali się z nią. Wiadomo, że dom to nie były miejsca, a ludzie, którzy ją otaczali.
- Zostałaś przeklęta? - Zmarszczyła nos i przez krótką chwilę wpatrywała się w przyjaciółkę. - Ma Ci kto z tym pomóc, czy potrzebujesz wsparcia? - Wolała się upewnić, że Moody jest pod odpowiednią opieką, zawsze mogła podpytać kogoś ze swoich znajomych, może udzieliłby jej wsparcia.
- Mogą być i dwa, ale nie więcej, nie mogę przeginać, wypływam jutro w rejs polować na jakieś węże morskie, Gerard poprosił mnie o wsparcie. - Powinna była uważać na swój stan, zwłaszcza, że nie zdążyła jeszcze do końca wytrzeźwieć po wczoraj, nie mogła sobie pozwolić dzisiaj na zbyt wielkie szaleństwo, bo miała swoje obowiązki, które musiała odpowiednio spełniać.
Znalazły się w środku, a później na zewnątrz. To nie był wcale taki zły pomysł, bo miała wrażenie, że w pubie było okropnie duszno, nie wytrzymałaby tam zbyt długo, a teraz siedziały na świeżym powietrzu, mogły jarać szlugi, sączyć browara, gdy wiatr całkiem przyjemnie muskał ich twarze. Był to całkiem przyjemny początek dnia.
- Pisałam do Erika, ale się nie odezwał, teraz już wiem dlaczego. - Zapewne miał sporo na głowie, skoro nie zdążył napisać nawet dwóch słów, czy tam jednego, żyję by jej wystarczyło. - Longbottomowie sobie jakoś poradzą, pewnie trochę im to zajmie, ale odbudują tą swoją twierdzę. - Nie wątpiła w to, że tak się stanie. Ich rodziny były dość blisko, może teraz nie tak, jak za czasów, gdy była młodsza, bo zdarzyło im się nawet spędzić razem wakacje.
- Pewnie stoi, żeby wkurzać innych, że nic się jej nie stało. - Sądziła, że wydarzyło się to z jakiejś przyczyny. Poplecznicy Voldemorta nie byli głupi, wiedzieli w jaki sposób wkurzyć społeczeństwo, to, że chata ministry stała było całkiem niezłym krokiem do tego, by podburzyć innych, którzy stracili swoje domy.
- Tak, za spotkanie. - Uniosła kufel w powietrze, by dołączyć do toastu, przy okazji wyjęła z kieszeni płaszcza swoją papierośnicę i mugolską zapalniczkę, wsadziła sobie jednego peta w usta i go odpaliła, zaciągnęła się dymem przymykając przy tym oczy, naprawdę było tu całkiem przyjemnie i tak okropnie spokojnie, jakby faktycznie kilka dni wcześniej nie miał miejsce mały koniec świata.