18.06.2025, 08:05 ✶
W genach Miles był potencjał, ale cóż... nie wylosowało się, cały wzrost i siłę przejął jej brat. Z drugiej strony przecież rozumiały się obie łowiły. Jedna potwory a druga... też potwory, tylko w tej ludzkiej skórze. Chociaż lepiej było nie przywoływać tego porównania, ostatecznie przecież Millie pozostała krawężnikiem, człowiekiem od wystawiania mandatów. Daleko jej było do zasięgu i splendoru jej czystokrwistej koleżanki, daleko do poprzeczki ustawionej przez jej rodzinę. Przez obie rodziny, z których się wywodziła.
Właściwie najlepiej jej wychodziło nie umieranie.
Może rzeczywiście złego licho nie brało?
Na wzmiankę przyjaciółki o tym, że to nie przez katastrofę uśmiechnęła się chytrze. Tak łatwo było zatopić się we wspomnieniach tych fantastycznych dupogodzin spędzonych na napierdolaniu o niczym i o wszystkim, na plotkach i ploteczkach. Były babmi, które potrafiły mocno przyjebać (Ger oczywiście mocniej, Miles musiała nadrabiać techniką, czy raczej elementem zaskoczenia a i tak nie dorastałaby towarzyszce do pięt).– Zatem co Ci służy? A może powinnam zapytać... kto?
– Stara no wiem, że nie jesteśmy jedyni, kurwa byłam tam, widziałam co się zadziało. Nie dało rady się rozjebać po mieście tak żeby pomóc każdemu. – może zabrzmiała oschlej niż powinna, ale starała się o tym nie myśleć. Że to kowadło, ten młot mogło być tylko jedno. Oczywiście wielu ludzi gasiło pożary, jej przyjaciele, z pracy czy z klubu zapierdalali jak mrówki, nie zmieniało to faktu, że z nieba padał kurz, który to wszystko podpalał i ten zjebany kurz był totalnie wszędzie.
– No nie ja, tylko rodzina ojca – sprostowała, bo nie chciała wyjść na jakąś Eden, która była właścicielką chyba połowy Londynu. Z resztą, Miles się nie poczuwała do korzystania z nich, bo zawsze istniało ryzyko, że stary tam zajrzy. A widzenie się z nim to była ostatnia rzecz, którą chciała w ogóle jakkolwiek kiedykolwiek robi. – Ale tak, tak sobie wywróżyłam. Nie powiem, była to o tyle ciekawa i przydatna wróżba, że nie bałam się aż tak bardzo. Weszły lata policji ze mnie i tyle opanowania co miałam wtedy to kurwa, lata u mnie nie widzieli. Pewnie daliby mi awans, gdyby nie to że kurwa jestem na zwolnieniu na głowę. Ale nie żałuje. Moja głowa ma się dzięki temu zajebiście. Bo mnie nie rozjebuje służba, tylko te wszystkie pierdolone raporty, które trzeba na niej wypełniać ot co! – zaśmiała się lekko, choć nie była to do końca prawda. Jej traumy potrafił się odzywać w nieoczekiwanych momentach, a ciężkie eliksiry których proporcje wciąż były ustalane stanowiły jej codzienną dietę. Ale, ale... dzisiejszego piwerka nie mogła sobie odmówić. Nie z Ger. Nie po tym jak tak długo znów się nie widziały.
– Zgadzam się, ale Beltane nie było rozjebane na całą Anglie. Chociaż nie wiem Ger... oni już dawno powinni zaszyć to Limbo. Wiesz... zdawało mi się, że pośród płomieni, pośród spalonych ścian widzę te kutasiarze widma. Te konkretne widma z tej konkretnej Doliny. Nie wiem, ale... – pokręciła głową, a potem uciekła wzrokiem ku morzu. – Nie wiem... mam wrażenie, że tylko ja je widziałam, bo inni słyszeli tylko głos. Ale on był tam. Tak mi się wydaje i... – umilkła uśmiechając się smutno. Za moment czekał ją run z Basiliusem po przeklętych miejscówkach ludzi, którzy byli z zakonu, albo się kumplowali z zakonem. Podpyta ich, może po prostu miała za mało zeznań świadków?
– Przeklęta? Hmm... nie wiem, ale nie martw się, jestem pod opieką dwóch zajebistych klątwołamaczy! – czy to lekki rumieniec? Czy to zeszklone oczy w sposób nie tyle dramatyczny, co zdradzający zbytni entuzjazm w stosunku do tej informacji? Miles rozpromieniła się, gdy opowiadała jej dalej: – Jeden jest w chuj edukowany, ma lata praktyki w szpitalu, a drugi wszystkiego dowiedział się w terenie i nawet mierzył się na bary z klątwą faraonów. Jeśli cokolwiek mi jest, cokolwiek więcej niż ustawa przewiduje, to oni się skapną i mi pomogą. Ale dziękuję że proponujesz...– zmrużyła na moment oczy, zapominając o parze swoich współlokatorów na rzecz tej oferty. – Ale wiesz co? Daj mi znać jeżeli ktokolwiek więcej ma ten problem ok? Albo pamiętał że widział te wywłoki z lasu w mieście? Nie jestem w tym dobra, ale od dwóch tygodni mi wkładają do głowy, że dane są ważne, więc... pocztą pantoflową też można się czegoś dowiedzieć co nie?
– Węże morskie?! No co Ty pierdolisz, ale zajebista sprawa! – wydarła się może trochę za głośno i szybko ściszyła głos – Ale takie prawdziwe prawdziwe? w sensie takie wyjebane w kosmos, czy mnie robisz w jajo i będziesz łowić magiczne szprotki? Kogo masz w ekipie? Twój stary też jedzie? – dopytywała żywo zainteresowana. Sama nie próbowałaby podchodzić do tego zagadnienia, chyba że by jej kazali. Po Windermere miała dystans do zbiorników wodnych. Już wolała gasić pożary. Chociaż dla Londynu to jednak lepiej żeby z tych czarnych chmur padała woda a nie ogień...
– Erik żyje i tak, na pewno sobie poradzą, może nie śpią na hajsie, ale na pewno mają go pokitranego po skrytkach u Gringotta, że raz dwa postawią se chatę od nowa. Czy tam wyremontują to co zostało. Ogrodu trochę szkoda. Lubiłam tam... siedzieć. Nawet jak roślinom odjebało. – Przyznała gorzko. Szczególnie po urodzinach miała taką myśl. Ta impreza mocno utkwiła jej w głowie.
Potem wzniosła puchar ze złocistą ambrozją (szczęśliwie był całkiem czysty zważywszy na standardy lokalne)(nie żeby zauważyła gdyby nie był) i na bezczela wyciągnęła łapę do papierośnicy Ger, żeby wyciągnąć z niej fajkę też dla siebie.
Cudzesy były w końcu najlepszymi fajkami na świecie.
– W ogóle próbuję czegoś nowego. Czegoś innego niż praca w Bumie, ale to chyba nie wypali. Jakbyś miała mi jakiś zawód wymyślić Ger, to co by to było? Bo motam się. Może to leki. A może zawsze tak było. Pierdolona rodzina pierdolonych policjantów. Myślałaś żeby być kimś innym niż łowca? – wyplotła z siebie pytania, trochę smutne, trochę refleksyjne, trochę takie bez większego pomyślunku. Dała radę podczas pożaru, była tego pewna. Ale absolutnie nie musiała napierdalać w mundurze po ulicach, żeby dać radę. Z drugiej strony biurwa i jeszcze więcej dokumentów? To przecież nie miało sensu...
Właściwie najlepiej jej wychodziło nie umieranie.
Może rzeczywiście złego licho nie brało?
Na wzmiankę przyjaciółki o tym, że to nie przez katastrofę uśmiechnęła się chytrze. Tak łatwo było zatopić się we wspomnieniach tych fantastycznych dupogodzin spędzonych na napierdolaniu o niczym i o wszystkim, na plotkach i ploteczkach. Były babmi, które potrafiły mocno przyjebać (Ger oczywiście mocniej, Miles musiała nadrabiać techniką, czy raczej elementem zaskoczenia a i tak nie dorastałaby towarzyszce do pięt).– Zatem co Ci służy? A może powinnam zapytać... kto?
– Stara no wiem, że nie jesteśmy jedyni, kurwa byłam tam, widziałam co się zadziało. Nie dało rady się rozjebać po mieście tak żeby pomóc każdemu. – może zabrzmiała oschlej niż powinna, ale starała się o tym nie myśleć. Że to kowadło, ten młot mogło być tylko jedno. Oczywiście wielu ludzi gasiło pożary, jej przyjaciele, z pracy czy z klubu zapierdalali jak mrówki, nie zmieniało to faktu, że z nieba padał kurz, który to wszystko podpalał i ten zjebany kurz był totalnie wszędzie.
– No nie ja, tylko rodzina ojca – sprostowała, bo nie chciała wyjść na jakąś Eden, która była właścicielką chyba połowy Londynu. Z resztą, Miles się nie poczuwała do korzystania z nich, bo zawsze istniało ryzyko, że stary tam zajrzy. A widzenie się z nim to była ostatnia rzecz, którą chciała w ogóle jakkolwiek kiedykolwiek robi. – Ale tak, tak sobie wywróżyłam. Nie powiem, była to o tyle ciekawa i przydatna wróżba, że nie bałam się aż tak bardzo. Weszły lata policji ze mnie i tyle opanowania co miałam wtedy to kurwa, lata u mnie nie widzieli. Pewnie daliby mi awans, gdyby nie to że kurwa jestem na zwolnieniu na głowę. Ale nie żałuje. Moja głowa ma się dzięki temu zajebiście. Bo mnie nie rozjebuje służba, tylko te wszystkie pierdolone raporty, które trzeba na niej wypełniać ot co! – zaśmiała się lekko, choć nie była to do końca prawda. Jej traumy potrafił się odzywać w nieoczekiwanych momentach, a ciężkie eliksiry których proporcje wciąż były ustalane stanowiły jej codzienną dietę. Ale, ale... dzisiejszego piwerka nie mogła sobie odmówić. Nie z Ger. Nie po tym jak tak długo znów się nie widziały.
– Zgadzam się, ale Beltane nie było rozjebane na całą Anglie. Chociaż nie wiem Ger... oni już dawno powinni zaszyć to Limbo. Wiesz... zdawało mi się, że pośród płomieni, pośród spalonych ścian widzę te kutasiarze widma. Te konkretne widma z tej konkretnej Doliny. Nie wiem, ale... – pokręciła głową, a potem uciekła wzrokiem ku morzu. – Nie wiem... mam wrażenie, że tylko ja je widziałam, bo inni słyszeli tylko głos. Ale on był tam. Tak mi się wydaje i... – umilkła uśmiechając się smutno. Za moment czekał ją run z Basiliusem po przeklętych miejscówkach ludzi, którzy byli z zakonu, albo się kumplowali z zakonem. Podpyta ich, może po prostu miała za mało zeznań świadków?
– Przeklęta? Hmm... nie wiem, ale nie martw się, jestem pod opieką dwóch zajebistych klątwołamaczy! – czy to lekki rumieniec? Czy to zeszklone oczy w sposób nie tyle dramatyczny, co zdradzający zbytni entuzjazm w stosunku do tej informacji? Miles rozpromieniła się, gdy opowiadała jej dalej: – Jeden jest w chuj edukowany, ma lata praktyki w szpitalu, a drugi wszystkiego dowiedział się w terenie i nawet mierzył się na bary z klątwą faraonów. Jeśli cokolwiek mi jest, cokolwiek więcej niż ustawa przewiduje, to oni się skapną i mi pomogą. Ale dziękuję że proponujesz...– zmrużyła na moment oczy, zapominając o parze swoich współlokatorów na rzecz tej oferty. – Ale wiesz co? Daj mi znać jeżeli ktokolwiek więcej ma ten problem ok? Albo pamiętał że widział te wywłoki z lasu w mieście? Nie jestem w tym dobra, ale od dwóch tygodni mi wkładają do głowy, że dane są ważne, więc... pocztą pantoflową też można się czegoś dowiedzieć co nie?
– Węże morskie?! No co Ty pierdolisz, ale zajebista sprawa! – wydarła się może trochę za głośno i szybko ściszyła głos – Ale takie prawdziwe prawdziwe? w sensie takie wyjebane w kosmos, czy mnie robisz w jajo i będziesz łowić magiczne szprotki? Kogo masz w ekipie? Twój stary też jedzie? – dopytywała żywo zainteresowana. Sama nie próbowałaby podchodzić do tego zagadnienia, chyba że by jej kazali. Po Windermere miała dystans do zbiorników wodnych. Już wolała gasić pożary. Chociaż dla Londynu to jednak lepiej żeby z tych czarnych chmur padała woda a nie ogień...
– Erik żyje i tak, na pewno sobie poradzą, może nie śpią na hajsie, ale na pewno mają go pokitranego po skrytkach u Gringotta, że raz dwa postawią se chatę od nowa. Czy tam wyremontują to co zostało. Ogrodu trochę szkoda. Lubiłam tam... siedzieć. Nawet jak roślinom odjebało. – Przyznała gorzko. Szczególnie po urodzinach miała taką myśl. Ta impreza mocno utkwiła jej w głowie.
Potem wzniosła puchar ze złocistą ambrozją (szczęśliwie był całkiem czysty zważywszy na standardy lokalne)(nie żeby zauważyła gdyby nie był) i na bezczela wyciągnęła łapę do papierośnicy Ger, żeby wyciągnąć z niej fajkę też dla siebie.
Cudzesy były w końcu najlepszymi fajkami na świecie.
– W ogóle próbuję czegoś nowego. Czegoś innego niż praca w Bumie, ale to chyba nie wypali. Jakbyś miała mi jakiś zawód wymyślić Ger, to co by to było? Bo motam się. Może to leki. A może zawsze tak było. Pierdolona rodzina pierdolonych policjantów. Myślałaś żeby być kimś innym niż łowca? – wyplotła z siebie pytania, trochę smutne, trochę refleksyjne, trochę takie bez większego pomyślunku. Dała radę podczas pożaru, była tego pewna. Ale absolutnie nie musiała napierdalać w mundurze po ulicach, żeby dać radę. Z drugiej strony biurwa i jeszcze więcej dokumentów? To przecież nie miało sensu...