18.06.2025, 13:32 ✶
Czy to był błąd? Nie nazwałby tak tego. Choć może określiłby to jako błąd ze swojej strony. Ten nieznośny sentymentalizm, który przyklejał mu się do podniebienia jak chałwa, drażnił go bo odsłaniał wrażliwe tkanki. I nie ważne kto je widział, czy rozumiał znaczenie tej sytuacji... Hrabia nienawidził czuć się w ten sposób, a niestety tak właśnie wyglądało jego życie od kilku ostatnich lat. Zaczął się bać, że zapomni jak mogłoby wyglądać inaczej. Jak wyglądało inaczej zanim jakiś Selwyn przeciął jego ścieżkę i obraził się z powodu podarowanej książki.
Teraz zaś poezja rozszarpująca jego duszę, zwieńczona była innym zdaniem, innym wierszem tej samej autorki i och, oczywiście że Gabriel wiedział, miał wyryte te słowa w głowie, zbyt wiele czasu poświęcając swojemu nieszczęściu, pozbawiony pracy, pozbawiony znajomych czy innych rozrywek niż zatracanie się w bólu i samotności. Nie skomentował jednak słów, które wysmyknęły się spomiędzy warg aktora, przyjął je, czując nić sympatii, której tak bardzo nie chciał czuć, jak było to możliwe.
Był słaby. Jego zęby prawdziwie zostały spiłowane przez jego krewniaka, a gniew miał spore trudności by przebić się przez szarą mgłę apatii i rezygnacji, zwłaszcza dziś, zwłaszcza po spotkaniu, po którym mógł domniemywać, mógł mieć złudną nadzieję, że być może, kto wie... może nie tylko jego nić niosła ze sobą strzępki czerwieni, choć nie zmieniało to absolutnie nic.
Podążał więc za Hannibalem, śledził jego ruchy wdzięczny za milczenie, wdzięczny też, że skorzystali z przywileju teleportacji, zamiast pokonywać pieszo cały dystans. Dla niego ta noc nie była młoda, każde ziarenko piasku opadające w szklanej osnowie rzeczywistości przybliżało go nieubłaganie do morderczego świtu. Przez moment, gdy obeszli bramę teatru złapał się na myśli, na głodzie, na pragnieniu zemsty.
Nie był w stanie zabić Jonathana i była to niewątpliwie słabość, którą nie należało się chwalić. Ale czyż nie byłoby miło zabić kogoś, kto jest wystarczająco podobny do niego? Substytut, który pozwoliłby mu poczuć w końcu ulgę, nasycić pragnienie zemsty za upodlenie, które było jego udziałem w momencie kiedy śmiertelnik wpierw ukradł jego serce, by roztrzaskać je w drobny mak. Milczenie nabrzmiewało między nimi, nieostrożnie pozostawiona koszula w stanie niezapiętym kusiła, podobnie jak wrażenie, które - był tego pewien - robi na zapoznanym młodzieńcu. Bez kwiatów i wina, bez cichych obietnic, szli skrótami omijając zbędne ceregiele społecznie uwarunkowanego adorowania. Gabriel był ciekaw jaki według młodszego Selwyna miałby być finał ich spotkania i był pewien, wciąż był pewien, że ich wyobrażenie tegoż finału rozwarstwia się na dwie niemożliwe do pogodzenia ze sobą rzeczywistości.
Przez chwilę przeszło mu na myśl, że nie musi wchodzić do środka, by poczuć wrzącą posokę spływającą mu po gardle. Ciało przyciśnięte do metalowych prętów, głowa brutalnie odgięta do tyłu, naprężająca tkanki tak proste do rozdarcia. Już kiedyś był w tym miejscu, już kiedyś pragnął szybkiej śmierci kogoś, kto kroczył przed nim, zbyt pewny siebie i swojego uroku, aby zachować ostrożność. Bolesna analogia orzeźwiła go szybciej niż pytanie Hannibala.
Spojrzał do góry, po czym uśmiechnął się rozbawiony, jakby zaszyta we wspomnianym pytaniu sugestia jakoby miałby nie dać rady, była najlepszym żartem tego wieczoru.
– Ależ oczywiście. Co prawda dawno się już do nikogo nie włamywałem, ale sądzę, że nie wyszedłem aż tak z wprawy... – na moment cała rozrywka przywróciła szelmowski uśmiech, sięgający nawet jasnych oczu. Nie zamierzał pytać o możliwe konsekwencje złapania, nie po to w jego kieszeni ciążyło wahadło obrośnięte grawerem różanych płatków, by miał jakkolwiek martwić się tą sytuacją. – Gospodarze przodem – ukłonił się staromodnie, wskazując prymitywną drogę, daleką od głównego wejścia, podwójnych drzwi i czerwonych dywanów. Chciał być zaproszony. Nie musiał, ale bawiła go ta gra z wampirzymi konwenansami. Szczególnie gdy obiekt jego dzisiejszych zainteresowań wciąż nie miał pojęcia z kim rozmawia.
Teraz zaś poezja rozszarpująca jego duszę, zwieńczona była innym zdaniem, innym wierszem tej samej autorki i och, oczywiście że Gabriel wiedział, miał wyryte te słowa w głowie, zbyt wiele czasu poświęcając swojemu nieszczęściu, pozbawiony pracy, pozbawiony znajomych czy innych rozrywek niż zatracanie się w bólu i samotności. Nie skomentował jednak słów, które wysmyknęły się spomiędzy warg aktora, przyjął je, czując nić sympatii, której tak bardzo nie chciał czuć, jak było to możliwe.
Był słaby. Jego zęby prawdziwie zostały spiłowane przez jego krewniaka, a gniew miał spore trudności by przebić się przez szarą mgłę apatii i rezygnacji, zwłaszcza dziś, zwłaszcza po spotkaniu, po którym mógł domniemywać, mógł mieć złudną nadzieję, że być może, kto wie... może nie tylko jego nić niosła ze sobą strzępki czerwieni, choć nie zmieniało to absolutnie nic.
Podążał więc za Hannibalem, śledził jego ruchy wdzięczny za milczenie, wdzięczny też, że skorzystali z przywileju teleportacji, zamiast pokonywać pieszo cały dystans. Dla niego ta noc nie była młoda, każde ziarenko piasku opadające w szklanej osnowie rzeczywistości przybliżało go nieubłaganie do morderczego świtu. Przez moment, gdy obeszli bramę teatru złapał się na myśli, na głodzie, na pragnieniu zemsty.
Nie był w stanie zabić Jonathana i była to niewątpliwie słabość, którą nie należało się chwalić. Ale czyż nie byłoby miło zabić kogoś, kto jest wystarczająco podobny do niego? Substytut, który pozwoliłby mu poczuć w końcu ulgę, nasycić pragnienie zemsty za upodlenie, które było jego udziałem w momencie kiedy śmiertelnik wpierw ukradł jego serce, by roztrzaskać je w drobny mak. Milczenie nabrzmiewało między nimi, nieostrożnie pozostawiona koszula w stanie niezapiętym kusiła, podobnie jak wrażenie, które - był tego pewien - robi na zapoznanym młodzieńcu. Bez kwiatów i wina, bez cichych obietnic, szli skrótami omijając zbędne ceregiele społecznie uwarunkowanego adorowania. Gabriel był ciekaw jaki według młodszego Selwyna miałby być finał ich spotkania i był pewien, wciąż był pewien, że ich wyobrażenie tegoż finału rozwarstwia się na dwie niemożliwe do pogodzenia ze sobą rzeczywistości.
Przez chwilę przeszło mu na myśl, że nie musi wchodzić do środka, by poczuć wrzącą posokę spływającą mu po gardle. Ciało przyciśnięte do metalowych prętów, głowa brutalnie odgięta do tyłu, naprężająca tkanki tak proste do rozdarcia. Już kiedyś był w tym miejscu, już kiedyś pragnął szybkiej śmierci kogoś, kto kroczył przed nim, zbyt pewny siebie i swojego uroku, aby zachować ostrożność. Bolesna analogia orzeźwiła go szybciej niż pytanie Hannibala.
Spojrzał do góry, po czym uśmiechnął się rozbawiony, jakby zaszyta we wspomnianym pytaniu sugestia jakoby miałby nie dać rady, była najlepszym żartem tego wieczoru.
– Ależ oczywiście. Co prawda dawno się już do nikogo nie włamywałem, ale sądzę, że nie wyszedłem aż tak z wprawy... – na moment cała rozrywka przywróciła szelmowski uśmiech, sięgający nawet jasnych oczu. Nie zamierzał pytać o możliwe konsekwencje złapania, nie po to w jego kieszeni ciążyło wahadło obrośnięte grawerem różanych płatków, by miał jakkolwiek martwić się tą sytuacją. – Gospodarze przodem – ukłonił się staromodnie, wskazując prymitywną drogę, daleką od głównego wejścia, podwójnych drzwi i czerwonych dywanów. Chciał być zaproszony. Nie musiał, ale bawiła go ta gra z wampirzymi konwenansami. Szczególnie gdy obiekt jego dzisiejszych zainteresowań wciąż nie miał pojęcia z kim rozmawia.