Cornelius przez krótką, może nawet zbyt krótką chwilę pozwolił sobie na złudzenie, że wszystko wróci do względnej normy. Przez moment leżał tam nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w korony palm, których ruchy, w odróżnieniu od ludzi, zachowywały względną przewidywalność. Lestrange nie spadł z hukiem, co więcej, zwalił się na hamak, co, zważywszy na możliwe alternatywy, należało uznać za nieomal cud. Rozciągnięte płótno przyjęło jego ciężar z niemałym oporem, z jękiem materiału i sprężyn, które właśnie zdały najważniejszy egzamin w swojej tekstylnej karierze, ale nie pękły ani nie wystrzeliły. Taki upadek, co prawda niezaplanowany i wątpliwie elegancki, był jeszcze do zniesienia, wszystko to mieściło się w granicach rozsądnie pojętego chaotycznego początku ogniska, ale potem, rzecz jasna, nadszedł Romulus.
Corio nie musiał się nawet podnosić, by zobaczyć, jak tamten spada, z wdziękiem spetryfikowanej sowy, prosto na drugi hamak, a raczej - na Prudence i Eliasa. Odwrócił głowę, jakby próbował upewnić się, czy na pewno dobrze widział, po czym westchnął tak, jak wzdycha człowiek, który wie, że kolejna scena w tej farsie już się rozgrywa i że nie ma nikogo, kto zatrzyma karuzelę. Zamknął oczy, policzył do czterech, później do ośmiu. W końcu przestał liczyć, bo odmierzanie sekund nie pomagało. Westchnął ciężko, nie dlatego, że coś bolało, choć bolało, naturalnie, jak zawsze przy upadkach z wysokości, których nikt nie planował, lecz dlatego, że nieprzewidywalność zachowań tej konkretnej zbieraniny ludzi dawno przestała go zaskakiwać, a jednocześnie niezmiennie zmuszała go do zadawania sobie egzystencjalnych pytań, na które nie chciał znać odpowiedzi. Zebrał powietrze w płuca, gotów, jak na gospodarza przystało, zapytać, czy wszyscy żyją i czy ktokolwiek z nich nie połamał żeber. Nie wydarzyło się nic aż tak dramatycznego, nikt nie zginął, nikt nie stracił oka. Poziom absurdu mieścił się w przeciętnym zakresie tolerancji, jakiego można było oczekiwać od tej grupy idiotów. Nie był to najgorszy wieczór. Jeszcze.
Cornelius uniósł się powoli na łokciach, poprawił zmiętą koszulę, przeciągnął palcami po włosach i zamierzał wyczołgać się z hamaka, uprzednio odkaszlnąwszy cicho. Jeszcze tylko prawą dłonią odgarnął sobie kilka pasm z twarzy, lewą próbował złapać za brzeg materiału, żeby wstać, ale zatrzymał się w pół ruchu, słysząc pierwsze słowa, bo właśnie w tym momencie rozległ się pierwszy wrzask Romulusa. Zanim zdążył wstać i choćby obrzucić wzrokiem sytuację, kątem oka dostrzegł, jak Romulus, w całej swojej glorii, zaczyna wymachiwać rękami. Corio wydał z siebie cichy, zrezygnowany dźwięk, coś między westchnieniem a wewnętrznym błaganiem o rychły koniec tego cyrku, po czym podparł się na łokciu i spróbował zsunąć się na ziemię.
Romek, w tym czasie, rozkręcał się, jak mechanizm zepsutej katarynki. Wydzierał się z tragicznym teatralizmem, który nie ustępował najgorszym amatorskim przedstawieniom w zatęchłych salach klubów artystycznych. Był to wrzask pełen wszystkiego, co Cornelius najbardziej cenił w teatrze, ale najbardziej potępiał w życiu codziennym, czyli przesady, dramatyzmu, braku logiki i niepohamowanej potrzeby bycia centrum uwagi, choćby ceną było kompletne zafałszowanie faktów. Kiedy padło: „JAK ŚMIAŁAŚ ZROBIĆ TO MNIE I CORNELIUSOWI”, Lestrange uniósł brwi, nie dramatycznie, nie demonstracyjnie, lecz z autentycznym zdumieniem, że został wciągnięty także w to przedstawienie bez wcześniejszego pytania o zgodę.
-Och, na Merlina... - Mruknął w eter, sam do siebie, zupełnie bez wiary w to, że jego słowa dotrą do kogokolwiek poza pobliską ćmą. Wszyscy skupiali się na Romulusie.
Cornelius nie był człowiekiem, który szybko wpadał w gniew, nie był też człowiekiem, który pozwalał, by jego emocje przejęły kontrolę nad zachowaniem, ale to, co usłyszał w następnych sekundach - ta absurdalna insynuacja, zupełnie niezasłużona napaść i dramatyczne oskarżenie, rzucane z pełnym przekonaniem, to było coś więcej niż tylko typowe romkowe dramatyzowanie. To było niedopuszczalne, ten teatr jednego aktora i jego martwego błędnika. Palec wskazujący, który nie mógł się zdecydować, kogo właściwie ma oskarżać. Słowa z rodzaju tych, które pisze się po drugiej butelce wina w liście, którego nigdy nie powinno się wysyłać, ale Romulus, jak zwykle, postanowił przeczytać je wszystkim na głos. Oda do nienawiści, do Prudence.
Cornelius był gospodarzem tego domu, a Prudence została zaproszona. Nie wprosiła się, nie narzucała się, nie wślizgnęła się chyłkiem do ich świata, była tu, bo chcieli. Poza tym również dobrowolnie i skutecznie pomagała im wszystkim ogarnąć ten magiczno-logistyczny bajzel. Teraz została nazwana przeklętą czarownicą, a jej imię zostało wyplute z takim emfatycznym wstrętem, jakby było zaklęciem niewybaczalnym.
Mężczyzna bez słowa, zaczął się podnosić, z trudem wykopał się z hamaka, rzecz jasna, materiał owinął się wokół jego kostki, co dodatkowo opóźniło jego wstanie, ale to dobrze, bo w tym samym czasie Benjy - jak zwykle szybszy, bardziej impulsywny i pozbawiony cierpliwości - po prostu podszedł do Romulusa i uniósł go, złapał Romka jak kociaka, który właśnie nasikał na perski dywan. Gdyby nie powaga sytuacji, Cornelius być może nawet uniósłby brew z pewnym uznaniem, ale tym razem westchnął po raz drugi. Tym razem głośniej. Zsunął się z hamaka i ruszył w stronę epicentrum wydarzeń.
Nie dołączył do dwóch mężczyzn, zamiast tego, złożył dłonie za plecami, przesuwając się kilka kroków na bok, podczas gdy Fenwick odstawiał Pottera na ziemię. Lestrange stanął na tle wieczornego ogrodu, z rękami splecionymi z tyłu, z postawą, która przypominała inspektora zaraz przed wykładem o szacunku i godności osobistej.
- Romulusie. - Jego głos przeciął przestrzeń jak ostrze, cicho, bez podniesienia tonu, ale tak, że każdy w zasięgu słyszał go bez problemu. -Jeżeli zamierzasz jeszcze raz zasugerować, że Prudence, którą zaprosiliśmy, przyjęliśmy z otwartością i wdzięcznością, jaka, przyznam, nie jest typowa dla tego towarzystwa, jest w jakikolwiek sposób winna twojego nieporadnego lotu, to uprzedzam, że nie będę tak uprzejmy, jak teraz. Nie zamierzam tolerować tego rodzaju... histerii. Nie wobec niej, nie wobec nikogo. Nie w mojej obecności. Uważam, że powinieneś posłuchać siebie, tego swojego wewnętrznego głosu rozsądku, którym tak się chwalisz... i to z uwagą, zanim znowu otworzysz usta. - Powiedział po chwili, nie podnosząc głosu nawet na sekundę. -To jest mój dom, moje zaproszenie. Jej obecność tutaj... - wskazał głową w stronę Prudence, spokojnie - Nie wymaga twojej aprobaty. Ani niczyjej innej. - Powiódł wzrokiem po zgromadzonych. - To ja decyduję o tym, kto może czuć się zaproszony, a także o tym, kto może wypierdalać. Jeżeli planujecie się pobić, zapraszam, właśnie, do tego drugiego. Nie życzę sobie... - Podkreślił cicho, ale wyraźnie, patrząc na przestrzeń, w której stali Romulus i Benjy. - Żeby ktokolwiek, w tym domu, odnosił się w ten sposób do siebie nawzajem, jeśli ktoś ma z tym problem, proszę bardzo. Drzwi są otwarte, brama również nie jest zamknięta, kominek działa bez zarzutu. - Oznajmił.
Po tych słowach odwrócił się, nie czekając na odpowiedź, i spojrzał na hamaki. Przeniósł wzrok na Prudence, nieco dłużej niż wypadało, z czymś w spojrzeniu, czego nie dało się łatwo zdefiniować - może to były przeprosiny, a może po prostu cichy komunikat. Było mu wstyd, może nie za siebie, ale za to, że ktoś pozwolił sobie w jego obecności, pod jego dachem, na coś takiego, wobec kobiety i siebie nawzajem.
- Nie wiem, jak bardzo musiałeś się uderzyć, żeby wypluć z siebie tę ilość bredni, ale pozwól, że uporządkuję kilka spraw, zanim odeślesz Prudence, bo inaczej rzeczywiście będziesz miał powód, by iść do Ministerstwa. Z tą różnicą, że to nie ty będziesz zgłaszał skargę. Dziewczyna nic ci nie zrobiła, to po pierwsze. Napastowanie jest karalne, to po drugie. Sam mówiłeś, że to ognisko ma być specjalne, to po trzecie, więc opanuj swoje fiksacje, zanim wszystko zepsujesz. A chyba dosyć mocno się nad tym napracowałeś? A ty... - Spojrzał na drugiego mężczyznę. - Dobrze się czujesz? To twój przyjaciel. - Skrzywił się, a potem poprawił lekko mankiet, który znów się przekrzywił i ruszył do stołu - jeśli Merlin pozwolił - czegoś się napić.