Yaxley miała świadomość tego, że Millie podążał całkiem podobną drogą do tej jej. Zapewne sama nigdy w życiu nie odnalazłaby się w ministerstwie, zresztą próbowała to zrobić, wytrzymała ledwie kilka miesięcy, nie umiała się dostosować, podążać za ścieżką, którą wyznaczali ludzie nad nią, więc wróciła do ojca i poprosiła o angaż w rodzinnej działalności. To było całkiem proste. Zdawała sobie sprawę z tego, że praktycznie cała rodzina Moody pracowała w departamencie przestrzegania praw czarodziejów, to całkiem logiczne, że ta wybrała taką ścieżkę, chcąc nie chcąc na pewno napatrzyła się na to, i chyba chciała robić to samo. To była całkiem świadoma decyzja, musiała być. Może miała nieco inne predyspozycje od tych Geraldine, ale Yaxleyówna nie wątpiła w to, że się w tym odnalazła, inaczej przecież nie robiłaby tego od tylu lat. Nie były już najmłodsze, skończyły szkołę ponad dziesięć lat temu.
Dostrzegła ten chytry uśmiech, błysk w oku, fakt - sama rzuciła przynętę, może nie do końca świadomie, ale nie miała nic przeciwko temu, aby podzielić się tą dość świeżą, a jednak całkiem budującą ją informacją. - Zeszliśmy się, wiesz, z Roisem, znowu, chyba w końcu już na zawsze. - Te półtora roku przerwy w ich związku kosztowało ją naprawdę sporo, wróciła do starych nawyków, po które sięgała jako młoda dziewczyna, które nie były dla niej szczególnie zdrowe. Doprowadzała się do autodestrukcji, kiedy podążali innymi drogami, naprawdę wierzyła to, że w końcu, że znowu wszystko wróci na swoje miejsce. Razem zawsze żyło im się prościej, co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości, teraz gdy dowiedziała się nieco więcej była w stanie sobie wytłumaczyć jego zachowanie, nie miała też najmniejszego problemu z tym, aby zawalczyć o to, co kiedyś ich łączyło, no i jej się udało. Geraldine była kurewsko uparta, gdy jej na czymś zależało.
- To, że jesteś na zwolnieniu nie oznacza, że nikt nie zauważy Twoich zasług, wiesz? - Zaczęła całkiem spokojnie. Dobrze było widzieć Moody w coś tak zaangażowaną, nawet jeśli było to ogarnianie rozpierdolu, Yaxleyówna miała świadomość, że nie każdy był w stanie sobie poradzić z takim napięciem. Pamiętała, jak wyglądał Londyn tamtej nocy - niczym piekło, z którego nie dało się wyjść. - Papierologia to chyba największy problem ten instytucji. - Pamiętała, że ją również wkurwiało wypełnianie tabelek, kiedy była na tym śmiesznym stażu, na szczęście to już dawno było za nią.
- Widziałam widmo, w piwnicy, w Dolinie, one opuszczają Knieję, myślisz, że mogły trafić już tak daleko? - Geraldine była dość mocno zamoczona w sprawę potworów, które zamieszkiwały las, czuła na sobie pewną odpowiedzialność za to, by te istoty nie krzywdziły ludzi, w końcu była łowczynią potworów, kto jeśli nie ona powinien się zająć tą sprawą? - One ewoluują, miałam przyjemność spotkać pod koniec sierpnia jedno z nich poza lasem. - Warto było chyba o tym wspomnieć, bo być może Millie widziała to, co działo się naprawdę. Tak naprawdę nikt nie mógł mieć pewności co do tego, co działo się z tymi potworami, bo przecież były czymś zupełnie nowym w magicznym świecie.
- Czasem dobrze, jak jeszcze jakaś trzecia osoba spojrzy na problem. - Wzruszyła jedynie ramionami, bo wiadomo jak to jest. Różni ludzie, różne doświadczenia, a klątwy potrafiły być przecież paskudne. Jeśli jednak Mills miała kogoś, kto o nią zadba, to nie zamierzała się wtrącać, dobrze było wiedzieć, że ma się nią kto zaopiekować.
- Jak już mówiłam, ja widziałam je w mieście, ale tylko w Dolinie, więc w sumie nie wiem, czy może to być traktowane jako miasto. - Z początku te istoty nie opuszczały Kniei, więc może faktycznie było to dość istotnym szczegółem. - Z tego, co wiem Isaac też je widział, wysłał mi nawet zdjęcie, które udało mu się zrobić. - Warto wspomnieć o tym, że nie była jedyna. Może nie były to takie ilości widm, jak ona widziała w Kniei, ale jednak pojedyncze sztuki zaczęły rozprzestrzeniać się po okolicy.
- Takie prawdziwe, Gerard mówił, że w pięćdziesiątym ósmym mieli podobny przypadek, chociaż sugerował, że może to być też coś innego, więc nie mamy pewności, ale tak, jutro wypływam je łowić. - Tak właściwie to unicestwić, jak najszybciej się da, pozbyć się problemu i znaleźć z powrotem w rezydencji ciotki Corio - taki był plan.
- Ojciec oddelegował mnie, wierzy, że nie splamię honoru naszej rodziny, mam nadzieję, że się na mnie nie zawiedzie. - To od zawsze było dość istotne dla Yaxleyówny. Musiała sprawić, że Gerard będzie z niej dumny, niby już był, ale nie chciała go zawieść. Wiedziała, że może zajmować się tym, co kocha dzięki niemu. Nigdy nie widział w tym problemu, chociaż niektórzy podważali ścieżkę kariery, którą wybrała. On spoglądał na nią z nadzieją, wierzył w nią, jak nikt inny. Jemu wszystko zawdzięczała. Miała świadomość, że jest jego ulubionym dzieckiem, chociaż w przypadku czystokrwistych rodzin to wcale nie było takie oczywiste, bo tam dużo bardziej ceniono synów, ona jednak była skórą zdjętą ze swojego ojca, on to widział i doceniał.
- Tak właściwie, to nawet nie wiem, zamierzam zabrać jednego znajomego, ale nie jest stąd, więc na pewno go nie znasz, no i kogoś z Artemis. - Sama nie była pewna kogo, ale wierzyła, że ojciec zadbał o to, by miała odpowiednie towarzystwo.
- Czy ja wiem, czy nie śpią, też biorą go znikąd, jak ja... - Nie dało się ukryć, że niektóre rodziny miały swoje przywileje. Miała świadomość, że Longbottomowie nie mogą narzekać na brak funduszy, oni jednak jako nieliczni z innych rodzin czystokrwistych dość sporo pieniędzy przeznaczali na wolontariat, zresztą samej jej się zdarzało nieco im w tym pomagać. Nie miała w zwyczaju szastać kasą, mimo, że miała jej spore ilości, ale jednak, gdy Erik się do niej uśmiechnął przychodziło jej to całkiem lekko.
- Dobrze wiedzieć, że nic im się nie stało, poza tą chatą. - Wiadomo, na pewno był to spory cios, wolała nie myśleć o tym, jakby się poczuła, gdyby ktoś zaatakował jej rodzinną rezydencję w Snowdonii, mimo wszystko przeżyli, a to było sporym osiągnięciem.
- Czego tak właściwie próbujesz? - Otworzyła w końcu oczy i upiła niewielki łyk złotego trunku ze swojego kufla, piwo może nie miało jakichś wyśmienitych walorów smakowych, ale było zimne i to jej w tej chwili wystarczało. - Te rysunki, co mi wysyłałaś z Lecznicy, były całkiem ładne, może to jakaś droga? - Nie do końca umiała sobie wyobrazić Millie w innym miejscu, ale wiedziała, że to przez to, że dla niej od zawsze była BUMowcem. - Albo te Twoje wróżby, to chyba też był od zawsze Twój konik. - Pamiętała o tym, że Moody miała pewne ciągoty do tego, aby przewidywać przyszłość z fusów w kawie i innych podobnych. - Ja? Coś Ty, nigdy nie myślałam, ani nie chciałam być nikim innym. - Jej ścieżka kariery była wytyczona od samego początku, nawet przez krótką chwilę swojego życia nie zastanawiała się nad tym, aby ją zmienić.