19.06.2025, 20:45 ✶
Niezbyt roztrącała woale ciekawości, chcąc jedynie nabrać tchu w dziewiczym obejściu chłodu tutejszego zaścianka — ogrodu utkwionego w międzyczasie wrześniowego zmierzchu, gdzie soczystość liści przybierała barwy nie ciemnego malachitu a szykowały się do cichego końca żywota. Powietrze gęstniało nie od słodkiej woni maciejki, rozlewanej ciężkimi kroplami rosy na gęstniejących kępach trawy, a chłodu i kolejnej ulewy. Kurtyna chciwego zaułku, obojętnego na samotność przechodnia, rozpościerała się przed nią niczym teatralne proscenium — bez gwaru oklasków, bez grymasów widowni — byle z dala od fortecy ciekawskich wejrzeń wszelkich istnień.
Podążał za nią spojrzeniem, próbując odczytać subtelność zaklętych znaków, którymi zawsze igrała na granicy przyzwoitości i prowokacji. Uwielbiała ten moment — kiedy rozmówca nie był pewien, czy jest już zaproszony do tańca słów, czy też pozostaje jeszcze w przedpokoju rozmowy, gdzie myśli igrają w milczeniu.
— Dziwne czasy z wolna nastają, okrywając nad bzdurną obłudą politycznych kłamstw i wewnętrznego rozłamy pośród nas, zwyczajnych cywilów — Wsłuchawszy się w ciekawe wzorcowanie tutejszego spektaklu, syciła się tą niepewnością jak sommelière degustująca cierpkość młodego wina — każda nuta pobudzała język do kolejnych analiz, a w duszy igrał cichy śmiech kapłanki rytuału, zmuszającej ludzi do dłuższej debaty o tym, co chciała przekazać. Co bardziej — nakazywał urzeczywistnić zleceniodawca, by było dobrze, nie. — Najstarsi twórcy mawiali, że muzyka powstała, aby odbierać smutki i nadawać szarości najpiękniejszej barwy, sir.
Idealny repertuar zbrodni i kary, jakby sam Dostojewski upuścił atramentu na pergamin tego wieczoru. Każde słowo, każda pauza miała swój ciężar. Cień jego sylwetki ślizgał się po porowatym szlaku żwiru, szelest mankietów brzmiał jak preludium do wyznania, którego oboje jeszcze nie chcieli złożyć.
A przecież już oboje wiedzieli.
Wystarczył jeden krok bliżej.
— Głos każdego z nas ma inną barwę i reprezentuje inne własności, jakie nas determinują — Tchnienie należytego jesiennego chłodu zdało się wybawieniem, niemal świętokradczym pocałunkiem zimy w przededniu jej triumfu. Gładka powierzchnia skóry, jeszcze przed chwilą drażniona dusznością zaduchu, teraz napięła się pod naporem chłodnego powietrza niczym płótno pod smukłymi palcami malarza. Mocniej odkryła negliż ramion, bielą woalu futra igrając z porami skóry, jakby każda z nich osobno chciała zakosztować tej ulgi. — Jaką opowieścią zatem umili mi Pan czas, skoro tak moje sceniczne słowa wpłynęły na Pana postawę, znacznie...
Ślepa jestem, oślepiona majem.
Nic nie wiem prócz, że pachną bzy.
I ustami tylko poznaję,
żeś ty nie ty...
Nic nie wiem prócz, że pachną bzy.
I ustami tylko poznaję,
żeś ty nie ty...