Czy Prue spodziewała się tego, że w przeciągu kilku sekund odbędzie podróż do przeszłości? Nie do końca, do tego była ona bardzo, ale to bardzo nieprzyjemna. Wpatrywała się w Romulusa z szeroko otwartymi oczami, nie mrugała, po prostu patrzyła, jak wylewa z siebie tę całą złość.
Miała świadomość, że nie wzbudza u ludzi ciepłych emocji, przynajmniej nie u wszystkich. Jej stosunki z Potterem od zawsze były mocno napięte, to się nie zmieniło, jednak wydawało jej się, że udało jej się w miarę dostosować do reszty, że została zaakceptowana. Zresztą nikomu się nie narzucała, trzymała się z boku, wyjątkowo skorzystała z zaproszenia, skoro mogła się do czegoś przydać. Najwyraźniej jednak się przeliczyła, może faktycznie nie była tu mile widziana?
Łatwo przyjęła taką wersję, bo przecież kiedyś właśnie tak się działo, tyle, że wtedy nieco bardziej zadzierała nosa, niekoniecznie z własnej woli, musiała reagować, nie mogła udawać, że nie widzi pewnych rzeczy, przez co była brana za niszczyciela dobrej zabawy.
Aktualnie? Sytuacja była zdecydowanie dużo bardziej dla niej korzystna. Mogła trzymać się z boku, mogła udawać, że jej tutaj nie ma, przenikać między ludźmi niczym cień. Odzywać się wtedy, gdy ją o to proszono, nie narzucała się nikomu, nie miała tego w zwyczaju.
Jakimś cudem Potter założył, że to ona mu to zrobiła. To nie był jej poziom żartów, tak właściwie to nigdy nie sięgała po podobne zagrywki, nie bawiła się w ten sposób, zresztą nie byli ze sobą blisko, mogłaby rzucić podobne zaklęcie w Eliasa, jakieś piętnaście lat temu, czy coś. Na pewno nie teraz.
Zacisnęła mocniej dłonie na butelce, którą trzymała, przeniosła też na nią spojrzenie, bo chcąc nie chcąc wszyscy usłyszeli słowa Romulusa, a Prue nie znosiła znajdować się w centrum zamieszania. Nie była osobą, która dobrze się czuła, kiedy ludzie na nią spoglądali. Najchętniej w tej chwili zamieniłaby się w bluszcz i oplotła najbliższe drzewo, wtopiła się w nie tak, by nikt jej nie widział. Nie było to jednak możliwe. Musiała jakoś sobie poradzić z tym zamieszaniem.
Tylko tyle, że nawet nie wiedziała, co powiedzieć, może faktycznie była tutaj intruzem? Może Romulus powiedział wszystko to, co siedziało innym w głowach, może im przeszkadzała? Dość łatwo przychodziły jej te myśli, typowe czarnowidztwo, w końcu nie należała do ich grona, była tu trochę na doczepkę. Nie odczuwała tego do tej pory, nie mogła narzekać na to, jak ją przyjęli, ale właśnie... Czasem wystarczy kilka słów, aby pojawiło się zwątpienie, to był właśnie ten moment. Krótka chwila, kilka słów wystarczyło, bo Bletchley miała ochotę zapaść się pod ziemię, tak właściwie to teleportować do swojego bezpiecznego, pustego mieszkanka. Bytowanie między ludźmi chyba nie było dla niej, nie była do tego stworzona.
Dość niepewnie uniosła spojrzenie, nie do końca wiedziała, co zastanie, czego powinna się spodziewać. Miała się stąd ulotnić, nie byłoby to dla niej niczym skomplikowanym do zrealizowania. Dawno nie czuła się jak ta nastoletnia Prue, która nie do końca radziła sobie z tym, co się wokół niej działo. Celowo nie doprowadzała do podobnych sytuacji.
Gdy uniosła wzrok, dotarło do niej, że nie było jak wtedy. Właściwie to się tego nie spodziewała, może powinna, przecież miała świadomość, że sporo się zmieniło, ale nie przywykła do tego, aby ktoś stawał w jej obronie, raczej musiała sobie radzić z każdym gównem sama.
Wszystko działo się dość szybko, ledwo nadążała z ogarnięciem tego bałaganu, który wydarzył się przez nią, jakby nie patrzeć. Nie chciała być niszczycielką dobrej zabawy, jak widać nawet, gdy tego nie chciała, to trochę jej to nie wychodziło.
Benjy nie wiedzieć kiedy znalazł się przy Potterze, złapał go za fraki i albo jej się wydawało, albo uniósł się on kilka centymetrów nad ziemią. Nie przewidziała tego, że zareaguje w ten sposób, jak widać jednak ich cicha nić porozumienia niosła ze sobą pewne zmiany. Tak, zauważyła to wcześniej, ale w tym wypadku nie miał problemu z tym, aby wstawić się za nią przy wszystkich. Nie zignorował słów przyjaciela, wyglądało na to, że uznał je za przesadę, trochę jej ulżyło, bo tak naprawdę przecież niczemu nie zawiniła, ona po prostu siedziała sobie na hamaku, próbując cieszyć się tym wolnym czasem. Mieli co świętować, przetrwali tamtą noc, a wszystko szlag trafił przez oskarżenia, których się nie spodziewała.
Zauważyła ruch w drugim hamaku, w którym chwilę wcześniej wylądował Cornelius, przeniosła spojrzenie w tamtą stronę, nie miała pewności, jak zareaguje na to wszystko. W końcu on też lewitował, też znalazł się nad ziemią, może uzna ją za winną, chociaż raczej nie. Współpracowali ze sobą od lat, znał ją, na pewno wiedział, że nie zrobiłaby czegoś takiego.
Znała ten ton głosu. Lestrange jak nikt inny potrafił doprowadzić ludzi do pionu, nie krzyczał, nie podnosił głosu, ale mimo tego uderzał w samo sedno, jak nikt inny. Potrafił postawić do pionu każdego, najwyraźniej w tej chwili postanowił to zrobić ze swoim przyjacielem.
Dłonie przestały jej drżeć, bo trochę spanikowała. Nie była u siebie. Nie wiedziała, czego powinna się spodziewać, nie miałaby im za złe tego, gdyby faktycznie stwierdzili, że tutaj nie pasuje, że może lepiej by się stało, gdyby wróciła do siebie. Nie byłoby w tym nic złego, nigdy wcześniej nie spędzali razem takiej ilości wolnego czasu. Pewnie byłoby jej nieco przykro, trochę by się rozczarowała, bo miała plany na kilka najbliższych dni. Nie pierwszy raz jednak trafiłby je szlag. Miała zamiar trochę zaszaleć, dać się ponieść, ale jakoś by sobie bez tego poradziła.
Dotarło do niej jednak, że chyba nie chcą, żeby sobie poszła. Przysunęła sobie butelkę do ust, upiła z niej niewielki łyk alkoholu, niekoniecznie wiedząc, co powinna zrobić. Poczuła na sobie spojrzenie Corneliusa, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę i po prostu wzruszyła ramionami. Nie miał wpływu na to, co się stało. Potter po prostu śmiało założył, że ona była winna jego upadkowi. Nie lubili się, miał ku temu prawo, chociaż jego histeria przekroczyła chyba wszystkie możliwe granice.
Spojrzała na Ambroisa, gdy ten dołączył się do rozmowy. Najwyraźniej każdy miał coś do dodania, no, może poza nią. Aktualnie nie do końca wiedziała, czy powinna się odzywać i co właściwie miałaby powiedzieć. W myślach chwilę temu zastanawiała się ile jej zajmie ewakuacja z tego miejsca i spakowanie swoich rzeczy, teraz przestała się nad tym zastanawiać, więc jednak nie było tak źle.
Uniosła brwi, gdy Greengrass przyznał się do tego, że to on potraktował Romulusa w ten sposób. Cóż, nie miała pojęcia, jak wyglądały aktualnie ich relacje, czy robili sobie podobne żarty, czy było w tym coś złego, no nie, nie jej oceniać, może po prostu nie trafił w odpowiednią osobę, z drugiej strony przecież na pewno wiedział na ile może sobie pozwolić, bo oni wszyscy znali się od lat, nie do końca wiedziała, dlaczego więc to aż tak eskalowało, najprościej było zrzucić winę na nią, właściwie przecież już poprzedniej nocy Potter winił ją o wszystkie swoje nieszczęścia. To nie było nic nowego.
- Istnieję, to chyba jego główny problem. - Mruknęła cicho do brata, bo chyba tutaj był pies pogrzebany. Mieli ze sobą problem, dlatego ona starała trzymać się z daleka, nie prowokować Pottera, ale ten wybrał inną ścieżkę, postanowił ją obwinić o to całe zamieszanie, co nie było słuszne, gdyby trochę ruszył głową na pewno by do niego dotarło, że było to całkiem absurdalne, zamiast tego postanowił wylać na nią ten swój cały jad.
- Nie wiem Ellie, trochę mnie to chyba przerosło. - Dziwne, bo Bletchley nie miała w zwyczaju przyznawać sobie do tego, że sobie z czymś nie radziła, a tym razem to zrobiła. Zdecydowanie to nie był najprzyjemniejszy dzień jej życia, skupiła się jednak na słowach Corio, który mówił, że ma być miło, może jeszcze było to możliwe, w końcu wieczór dopiero się zaczynał.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control