20.06.2025, 01:23 ✶
Nie wierzył, że pod koniec tej cholernej nocy dochodził do takich konkluzji, ale naprawdę potrzebował zadbać o swoje zdrowie, bo im bliżej poranka, tym gorzej się czuł. Może to ilość rzuconych dzisiaj zaklęć i zastraszonych ludzi, może to ciężar spaślaka, którego ciągnął właśnie za nogi w kierunku palącego się domu? No dobra, nie był aż tak spasiony – nazywał go spaślakiem, bo znajdował się wyjątkowo blisko granicy, po której będzie musiał odpocząć. Jeszcze nie tu, jeszcze nie teraz – ale za moment dudnienie w głowie zacznie być bolesne, a każdy kolejny krok wzmoże pulsowanie stóp do poziomu, kiedy nie ma już w sobie żadnej siły do chodzenia.
Był muzykiem, nie mordercą i wychodziło na to, że przeobrażenie się w mordercę nie było jednym dniem, podczas którego jego psychika skręciła głos. Spaczanie się było procesem. Ten proces wymuszał na nim zmiany.
Szarpnął nogawkę jeszcze raz, wciągając (jak jeszcze wtedy myślał) truchło do budynku powoli zajmującego się ogniem. Następnie wytarł twarz spoconą dłonią, w rzeczywistości jedynie rozmazując znajdującą się na niej cudzą krew. Dureń miał się spopielić, żeby psy pracujące dla Ministerstwa nie odczytały z niego nic na wypadek, gdyby jednak dało się rozpoznać jednego z tych durnych... znaczy się, ekhm. Jednego z jego wspaniałych pracodawców. Podobno ten cały Voldemort czytał w myślach, ale... Nawet jeśli, to i tak wyczytał już z niego wszystko, co mógł. Nie było żadnego sensu w ukrywaniu irytacji, frustracji, gniewu... Zapaliłby nad tym zwłokami, gdyby zwłoki nie stęknęły z bólu.
Mimowolnie wywrócił oczami.
– Shhh, panie Binns, nic się nie dzieje, pora spać – zwrócił się do niego, celując różdżką w rozbitą o krawężnik głowę i klejąc inkantację mogącą utrzymać go w miejscu. Urok, żeby sobie uroił leżenie w bezpiecznym łóżku, a później dym zrobi swoje. Następnie, niezależnie od skutku, wyszedł.
Na zgliszczach ulicy nie tętniło już niemal żadne życie poza złoczyńcami w ciemnych jak zmrok płaszczach. Umbriel zbliżył się do nich, rozpoznając Bellatrix po nadszarpniętej pelerynie.
– Ja mam dość – powiedział i faktycznie wyglądał jak chodzące nieszczęście. Nie, nigdy nie był wygładzonym, ułożonym paniczykiem, ale daleko mu było do brudasa ze zrujnowaną fryzurą, obklejonego zasychającą, szkarłatną mazią. Degenhardt jednak, jak to artyści zapewne, w wyglądaniu jak porażka zachowywał pewną klasę i urok – androgeniczna uroda i przystojna twarz w połączeniu z roztrzepanymi włosami poprzyklejanymi do spoconego czoła, tworzyły dziwną mieszankę pasującą do zobojętnienia rysującego się w bladoniebieskich tęczówkach. – Panienka reflektuje? – Zapytał wprost, podając Black rękę, wpierw ściągając z niej umorusaną rękawiczkę. Jeśli ją chwyciła, to ruszyli na przewidziane spotkanie razem. Jeśli nie – wskazał głową na budynek, gdzie zostawił nieszczęsnego Binnsa. – Jeszcze oddycha, ale nie powinien wstać?
I udając, że te buty nie obtarły mu pięt, ruszył do przodu, przez to cholerne Charing Cross Road, w kierunku Głębiny, rozglądając się przy tym za kolejnymi twarzami, które powinien wpisać na nieskończoną listę życzeń śmierci i agonii. Zaraz pójdzie spać, ale jego misja jeszcze się nie skończyła.
Był muzykiem, nie mordercą i wychodziło na to, że przeobrażenie się w mordercę nie było jednym dniem, podczas którego jego psychika skręciła głos. Spaczanie się było procesem. Ten proces wymuszał na nim zmiany.
Szarpnął nogawkę jeszcze raz, wciągając (jak jeszcze wtedy myślał) truchło do budynku powoli zajmującego się ogniem. Następnie wytarł twarz spoconą dłonią, w rzeczywistości jedynie rozmazując znajdującą się na niej cudzą krew. Dureń miał się spopielić, żeby psy pracujące dla Ministerstwa nie odczytały z niego nic na wypadek, gdyby jednak dało się rozpoznać jednego z tych durnych... znaczy się, ekhm. Jednego z jego wspaniałych pracodawców. Podobno ten cały Voldemort czytał w myślach, ale... Nawet jeśli, to i tak wyczytał już z niego wszystko, co mógł. Nie było żadnego sensu w ukrywaniu irytacji, frustracji, gniewu... Zapaliłby nad tym zwłokami, gdyby zwłoki nie stęknęły z bólu.
Mimowolnie wywrócił oczami.
– Shhh, panie Binns, nic się nie dzieje, pora spać – zwrócił się do niego, celując różdżką w rozbitą o krawężnik głowę i klejąc inkantację mogącą utrzymać go w miejscu. Urok, żeby sobie uroił leżenie w bezpiecznym łóżku, a później dym zrobi swoje. Następnie, niezależnie od skutku, wyszedł.
Rzut PO 1d100 - 85
Sukces!
Sukces!
Na zgliszczach ulicy nie tętniło już niemal żadne życie poza złoczyńcami w ciemnych jak zmrok płaszczach. Umbriel zbliżył się do nich, rozpoznając Bellatrix po nadszarpniętej pelerynie.
– Ja mam dość – powiedział i faktycznie wyglądał jak chodzące nieszczęście. Nie, nigdy nie był wygładzonym, ułożonym paniczykiem, ale daleko mu było do brudasa ze zrujnowaną fryzurą, obklejonego zasychającą, szkarłatną mazią. Degenhardt jednak, jak to artyści zapewne, w wyglądaniu jak porażka zachowywał pewną klasę i urok – androgeniczna uroda i przystojna twarz w połączeniu z roztrzepanymi włosami poprzyklejanymi do spoconego czoła, tworzyły dziwną mieszankę pasującą do zobojętnienia rysującego się w bladoniebieskich tęczówkach. – Panienka reflektuje? – Zapytał wprost, podając Black rękę, wpierw ściągając z niej umorusaną rękawiczkę. Jeśli ją chwyciła, to ruszyli na przewidziane spotkanie razem. Jeśli nie – wskazał głową na budynek, gdzie zostawił nieszczęsnego Binnsa. – Jeszcze oddycha, ale nie powinien wstać?
I udając, że te buty nie obtarły mu pięt, ruszył do przodu, przez to cholerne Charing Cross Road, w kierunku Głębiny, rozglądając się przy tym za kolejnymi twarzami, które powinien wpisać na nieskończoną listę życzeń śmierci i agonii. Zaraz pójdzie spać, ale jego misja jeszcze się nie skończyła.
Rzut N 1d100 - 88
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 28
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Postać opuszcza sesję
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me