20.06.2025, 21:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.06.2025, 23:47 przez Erik Longbottom.)
Skinął głową bez chwili wahania.
— Ja udostępniam lokal i dotrzymuje ci towarzystwa. Wydaje mi się, że możesz w takim razie rozgościć się w kuchni i robić wszystko pod własne dyktando. Ja po prostu będę patrzył i podziwiał.
Uśmiechnął się bezczelnie.
— Nie powiedziałbym, że tak po prostu nastały — rzucił pod nosem Longbottom. — Wierzenia Śmierciożerców nie rozkwitły w ich głowach jednego konkretnego dnia, chociażby podczas inauguracji Nobby'ego Leacha. Kiełkowały już od dawna - z początku były niewidzialne, bo dalej skrywały się pod ziemią, ale w pewnym momencie wybiły na światło dzienne. A my po prostu przechodziliśmy obok, licząc, że jakoś to będzie.
Grzech bezczynności. Czy coś takiego.
— Obawiam się, że nie jestem ani tobą, ani Jonathanem, więc daleko mi do osiągnięcia tak wysokiego poziomu wprawy. Zwłaszcza w tak krótkim czasie — rzucił neutralnie, tłumiąc grymas próbujący wedrzeć się na jego twarz. — Wątpię też, żebym znalazł czas na podobne treningi. Mam pełne ręce roboty. Dosłownie.
Chociaż dostrzegał oczywiste plusy zainteresowaniem się wznoszeniem barier wokół swojego umysłu, tak nie miał złudzeń - gdyby chciał się tym zająć na poważnie, to musiałby z czegoś zrezygnować. A w momencie, kiedy praktycznie każdego dnia zaostrzała się rywalizacja między obowiązkami wobec Brygady Uderzeniowej a Zakonem Feniksa... Chyba naprawdę nie miał siły na to, aby jeszcze pracować nad aspektami swoich sztuk magicznych. Nie jest alfą i omegą. Nigdy nie będzie. Niektórym lepiej szły pojedynki, a innym manipulowanie umysłem (swoim lub innych ludzi). Musiał się z tym pogodzić. Anthony zresztą też.
— Faktycznie, wyświadczyłeś mu ogromną przysługę. Łaskę wręcz — odparł z nutką ironii w głosie. — Pozostaje tylko mieć nadzieję, że ta powściągliwość nie przyczyniła się do zintensyfikowania jego wizji. — Uśmiechnął się lekko pod nosem. — Byłoby to nadzwyczaj poetyckie, gdyby próbując oszczędzić mu tych widoków, tylko byś je na niego sprowadził.
Wypuścił powoli powietrze z płuc. Nie podobały mu się te dyskusje na temat konfliktu w wykonaniu Anthony'ego. Mimowolnie przypomniał sobie spotkanie z Perseuszem sprzed wielu tygodni. Och, jak jemu Beltane otworzyło oczy na to, jak mógł wyglądać świat, gdyby Czarny Pan faktycznie doszedł do władzy. A mimo to, chociaż widział jego pasję i zaangażowanie, podążał głosem rozsądku, a nie brawury. Niektórzy byli w stanie zrobić więcej dobrego, robiąc dokładnie co robili do tej pory. I co robili dobrze.
— Nie powinieneś się martwić bardziej niż to konieczne. Tobie nic nie grozi. Tak długo jak nie będziesz wychodził przed szereg — skomentował gładko, wygłaszając na głos mantrę, która od miesiąca krążyła mu po głowie, ilekroć myślał o tym, co może spotkać jego bliskich z czystokrwistych rodzin. — Biorąc pod uwagę Beltane… I wcześniejsze ataki, lepiej nie zwracać na siebie większej uwagi w obecnym klimacie. Masz serce po właściwej stronie i to liczy się najbardziej. Nie musisz iść w moje ślady i nazywać w gazetach Śmierciożerców terrorystami.
Wolałbym, żebyś opodatkował dostawy ich szat i masek, jeśli miałbyś taką możliwość, pomyślał, zastanawiając się, czy leżało to w gestii przełożonych Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. A może wynikałoby to ściślejszej współpracy z Departamentem Skarbu, podpisów z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów i finałowej pieczątki z biura Ministry Magii? Westchnął cicho. Nawet tak prosty pomysł wymagałby przedarcia się przez maszynę biurokracji.
— Ja udostępniam lokal i dotrzymuje ci towarzystwa. Wydaje mi się, że możesz w takim razie rozgościć się w kuchni i robić wszystko pod własne dyktando. Ja po prostu będę patrzył i podziwiał.
Uśmiechnął się bezczelnie.
— Nie powiedziałbym, że tak po prostu nastały — rzucił pod nosem Longbottom. — Wierzenia Śmierciożerców nie rozkwitły w ich głowach jednego konkretnego dnia, chociażby podczas inauguracji Nobby'ego Leacha. Kiełkowały już od dawna - z początku były niewidzialne, bo dalej skrywały się pod ziemią, ale w pewnym momencie wybiły na światło dzienne. A my po prostu przechodziliśmy obok, licząc, że jakoś to będzie.
Grzech bezczynności. Czy coś takiego.
— Obawiam się, że nie jestem ani tobą, ani Jonathanem, więc daleko mi do osiągnięcia tak wysokiego poziomu wprawy. Zwłaszcza w tak krótkim czasie — rzucił neutralnie, tłumiąc grymas próbujący wedrzeć się na jego twarz. — Wątpię też, żebym znalazł czas na podobne treningi. Mam pełne ręce roboty. Dosłownie.
Chociaż dostrzegał oczywiste plusy zainteresowaniem się wznoszeniem barier wokół swojego umysłu, tak nie miał złudzeń - gdyby chciał się tym zająć na poważnie, to musiałby z czegoś zrezygnować. A w momencie, kiedy praktycznie każdego dnia zaostrzała się rywalizacja między obowiązkami wobec Brygady Uderzeniowej a Zakonem Feniksa... Chyba naprawdę nie miał siły na to, aby jeszcze pracować nad aspektami swoich sztuk magicznych. Nie jest alfą i omegą. Nigdy nie będzie. Niektórym lepiej szły pojedynki, a innym manipulowanie umysłem (swoim lub innych ludzi). Musiał się z tym pogodzić. Anthony zresztą też.
— Faktycznie, wyświadczyłeś mu ogromną przysługę. Łaskę wręcz — odparł z nutką ironii w głosie. — Pozostaje tylko mieć nadzieję, że ta powściągliwość nie przyczyniła się do zintensyfikowania jego wizji. — Uśmiechnął się lekko pod nosem. — Byłoby to nadzwyczaj poetyckie, gdyby próbując oszczędzić mu tych widoków, tylko byś je na niego sprowadził.
Wypuścił powoli powietrze z płuc. Nie podobały mu się te dyskusje na temat konfliktu w wykonaniu Anthony'ego. Mimowolnie przypomniał sobie spotkanie z Perseuszem sprzed wielu tygodni. Och, jak jemu Beltane otworzyło oczy na to, jak mógł wyglądać świat, gdyby Czarny Pan faktycznie doszedł do władzy. A mimo to, chociaż widział jego pasję i zaangażowanie, podążał głosem rozsądku, a nie brawury. Niektórzy byli w stanie zrobić więcej dobrego, robiąc dokładnie co robili do tej pory. I co robili dobrze.
— Nie powinieneś się martwić bardziej niż to konieczne. Tobie nic nie grozi. Tak długo jak nie będziesz wychodził przed szereg — skomentował gładko, wygłaszając na głos mantrę, która od miesiąca krążyła mu po głowie, ilekroć myślał o tym, co może spotkać jego bliskich z czystokrwistych rodzin. — Biorąc pod uwagę Beltane… I wcześniejsze ataki, lepiej nie zwracać na siebie większej uwagi w obecnym klimacie. Masz serce po właściwej stronie i to liczy się najbardziej. Nie musisz iść w moje ślady i nazywać w gazetach Śmierciożerców terrorystami.
Wolałbym, żebyś opodatkował dostawy ich szat i masek, jeśli miałbyś taką możliwość, pomyślał, zastanawiając się, czy leżało to w gestii przełożonych Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. A może wynikałoby to ściślejszej współpracy z Departamentem Skarbu, podpisów z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów i finałowej pieczątki z biura Ministry Magii? Westchnął cicho. Nawet tak prosty pomysł wymagałby przedarcia się przez maszynę biurokracji.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞