21.06.2025, 07:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.06.2025, 07:41 przez Brenna Longbottom.)
Na widok Basiliusa Brenna, która właśnie zeszła po schodach (trzymając się poręczy, zamiast zbiegać z nich i przeskakiwać co drugi schodek, jak to miała w zwyczaju), nawet się ucieszyła i już – już otwierała usta, by spytać, jak jego rodzina… ale nie dostała na to szansy. Bury wysłuchała, trochę zbyt nią oszołomiona, żeby zareagować, a trochę, bo Basilius wyglądał jak człowiek doprowadzony do absolutnej ostateczności. Może faktycznie próbowałby ją zamordować.
Chociaż uważała, że był trochę niesprawiedliwy. Owszem, wyglądała nie najlepiej, ale jak na obecne standardy Munga, to wcale nie było tak źle, gdy mieli tu pełno pacjentów całkiem poparzonych, przeklętych, połamanych! Trafiła tutaj po „godzinach szczytu”, dopiero koło dziesiątej, i zdążyła wcześniej trochę się doczyścić oraz zgarnąć z mieszkania za dużą bluzę z myślą, że szpitalnych pewnie zabraknie, a jej ubranie nadawało się już tylko na ścierki. Jej obrażenia nie były też jakoś ogromnie widowiskowe – ot miała w tej chwili zaczerwienione oczy, obandażowane oba kolana i unieruchomiony nadgarstek i skóra tu i ówdzie jeszcze się leczyła po poparzeniach. Większość poparzeń schodziła po podaniu odpowiednich eliksirów, dostała coś do oczu, rana na dłoni się szybko zasklepiała.
Zatrzymano ją na dłużej trochę przez zatrucie dymem (na które też dostała jakieś uzdrowicielskie specyfiki), trochę przez jej własną głupotę – bo kiedy masz złamane żebro, rozbite kolana i pęknięty nadgarstek nie powinieneś nosić innych ludzi ani gruzów, bo możesz coś zerwać albo zamienić pęknięcie na złamanie, i tak stało się w jej przypadku. A trochę chodziło o to, że nie mając czasu szukać kart pacjentów najpierw podano jej dużo za małe dawki, potem na wszelki wypadek za duże, a potem do mieszanki specyfików trzeba było dorzucić te uspokajające, kiedy z jakichś powodów wpadła w panikę na widok ognia na kominku (o co było jej bardzo wstyd). Nie chcąc ryzykować, że będzie robić problemy, znowu podano jej trochę tychże środków za dużo i w konsekwencji Brenna była w tej chwili zwyczajnie naćpana lekami.
Może gdyby nie to, nie postanowiłaby się grzecznie zwlec z łóżka, by faktycznie w herbaciarni i sklepie szpitalnym szukać książek (bo nie było innego źródła, z którego mogłaby je wziąć – nie dałaby rady się teraz teleportować, a poza tym spora część jej zbiorów spłonęła). Nikt nie próbował jej zatrzymać: uzdrowiciele mieli ważniejsze rzeczy do roboty, a ona nie miała napisanego na czole, że była podduszona, wzięła za dużo leków i jestem tak głupia, że obicie kolana zamieniłam w zerwanie rzepki. Ot trochę utykała i omal nie wpadła w drzwi, zapominając ich otworzyć, dziś w Mungu, gdzie ludzie byli połamani, pokrwawieni albo nawet stracili kończyny nikt nie zwracał na nią wielkiej uwagi.
Jakaś jej część wiedziała, że powinna być teraz zupełnie gdzieś indziej. Ale jakaś inna jej część szeptała, że może lepiej. Gdy umysł zdawała się przyćmiewać mgła, kiedy wydarzenia tej nocy wydawały się snem, łatwiej było znosić rzeczywistość. I przecież, gdyby nawet była cała i zdrowa... Co takiego by to zmieniło?
– Ja tylko kupowałam książki – wyjaśniła w końcu obronnym tonem, jakby to była najrozsądniejsza i najzwyczajniejsza rzecz pod słońcem, i faktycznie, pod ramieniem niosła kilka książek. – Powiedzieli, że nie mogę wyjść, póki… W sumie to nie jestem pewna. – Prawdopodobnie póki leki działały tak, jak działały, i nie upewnią się, że podali jej właściwe szkiele wzro na ten nadgarstek, i nie wyrośnie jej na przykład trzecia ręka, i przynajmniej jedno kolano "nie naprawi się" po eliksirach. - Chciałbyś, żeby był tutaj morderca? Wolałabym przed żadnym nie uciekać. Chyba biegałabym teraz wolniej niż zwykle. Niesiesz to tutaj, o? Z twoim rodzeństwem wszystko dobrze? Kiedy ostatni raz spałeś? – wyrzuciła z siebie, zdrową ręką sięgając do drzwi magazynku, żeby otworzyć je przed Basiliusem, obarczonym ciężarem skrzynki z buteleczkami. – Hej, mam chyba książkę twojej ulubionej autorki… – przypomniała sobie nagle, gdy do umysłu, zaćmionego lekami przedarło się wspomnienie powieści porozkładanych w jego sypialni.
Chociaż uważała, że był trochę niesprawiedliwy. Owszem, wyglądała nie najlepiej, ale jak na obecne standardy Munga, to wcale nie było tak źle, gdy mieli tu pełno pacjentów całkiem poparzonych, przeklętych, połamanych! Trafiła tutaj po „godzinach szczytu”, dopiero koło dziesiątej, i zdążyła wcześniej trochę się doczyścić oraz zgarnąć z mieszkania za dużą bluzę z myślą, że szpitalnych pewnie zabraknie, a jej ubranie nadawało się już tylko na ścierki. Jej obrażenia nie były też jakoś ogromnie widowiskowe – ot miała w tej chwili zaczerwienione oczy, obandażowane oba kolana i unieruchomiony nadgarstek i skóra tu i ówdzie jeszcze się leczyła po poparzeniach. Większość poparzeń schodziła po podaniu odpowiednich eliksirów, dostała coś do oczu, rana na dłoni się szybko zasklepiała.
Zatrzymano ją na dłużej trochę przez zatrucie dymem (na które też dostała jakieś uzdrowicielskie specyfiki), trochę przez jej własną głupotę – bo kiedy masz złamane żebro, rozbite kolana i pęknięty nadgarstek nie powinieneś nosić innych ludzi ani gruzów, bo możesz coś zerwać albo zamienić pęknięcie na złamanie, i tak stało się w jej przypadku. A trochę chodziło o to, że nie mając czasu szukać kart pacjentów najpierw podano jej dużo za małe dawki, potem na wszelki wypadek za duże, a potem do mieszanki specyfików trzeba było dorzucić te uspokajające, kiedy z jakichś powodów wpadła w panikę na widok ognia na kominku (o co było jej bardzo wstyd). Nie chcąc ryzykować, że będzie robić problemy, znowu podano jej trochę tychże środków za dużo i w konsekwencji Brenna była w tej chwili zwyczajnie naćpana lekami.
Może gdyby nie to, nie postanowiłaby się grzecznie zwlec z łóżka, by faktycznie w herbaciarni i sklepie szpitalnym szukać książek (bo nie było innego źródła, z którego mogłaby je wziąć – nie dałaby rady się teraz teleportować, a poza tym spora część jej zbiorów spłonęła). Nikt nie próbował jej zatrzymać: uzdrowiciele mieli ważniejsze rzeczy do roboty, a ona nie miała napisanego na czole, że była podduszona, wzięła za dużo leków i jestem tak głupia, że obicie kolana zamieniłam w zerwanie rzepki. Ot trochę utykała i omal nie wpadła w drzwi, zapominając ich otworzyć, dziś w Mungu, gdzie ludzie byli połamani, pokrwawieni albo nawet stracili kończyny nikt nie zwracał na nią wielkiej uwagi.
Jakaś jej część wiedziała, że powinna być teraz zupełnie gdzieś indziej. Ale jakaś inna jej część szeptała, że może lepiej. Gdy umysł zdawała się przyćmiewać mgła, kiedy wydarzenia tej nocy wydawały się snem, łatwiej było znosić rzeczywistość. I przecież, gdyby nawet była cała i zdrowa... Co takiego by to zmieniło?
– Ja tylko kupowałam książki – wyjaśniła w końcu obronnym tonem, jakby to była najrozsądniejsza i najzwyczajniejsza rzecz pod słońcem, i faktycznie, pod ramieniem niosła kilka książek. – Powiedzieli, że nie mogę wyjść, póki… W sumie to nie jestem pewna. – Prawdopodobnie póki leki działały tak, jak działały, i nie upewnią się, że podali jej właściwe szkiele wzro na ten nadgarstek, i nie wyrośnie jej na przykład trzecia ręka, i przynajmniej jedno kolano "nie naprawi się" po eliksirach. - Chciałbyś, żeby był tutaj morderca? Wolałabym przed żadnym nie uciekać. Chyba biegałabym teraz wolniej niż zwykle. Niesiesz to tutaj, o? Z twoim rodzeństwem wszystko dobrze? Kiedy ostatni raz spałeś? – wyrzuciła z siebie, zdrową ręką sięgając do drzwi magazynku, żeby otworzyć je przed Basiliusem, obarczonym ciężarem skrzynki z buteleczkami. – Hej, mam chyba książkę twojej ulubionej autorki… – przypomniała sobie nagle, gdy do umysłu, zaćmionego lekami przedarło się wspomnienie powieści porozkładanych w jego sypialni.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.