09.02.2023, 22:47 ✶
Darcy pod wieloma względami zgadzał się z siostrą. Zasadniczo sam nie był fanem mugoli. Zawsze jakoś zakładał, że muszą być bardzo głupi, skoro przez tyle lat nie zorientowali się, że tuż obok są czarodzieje – zwłaszcza, że przecież Ministerstwa w przeszłości nie działały tak skutecznie jak teraz. W głębi ducha uważał się też za trochę lepszego od mugolaków. To przekonanie powstało w jego głowie, nasłuchując pogawędek kolegów ze Slytherinu, ale też dlatego, że mugolakom ciągle trzeba było coś tłumaczyć i przez to Lockhart wyrobił w sobie przekonanie, że oni – nic – nie – rozumieją.
Ale jednocześnie denerwowali go ci cali śmierciożercy i Voldemort. Nie tylko dlatego, że Darcy po prostu nie za bardzo lubił drastyczną przemoc, choć uciekłby się do niej, uważając to za najlepsze wyjście. Po prostu czasem wydawało mu się, że są wrogami absolutnie wszystkich i że w ogóle, jakby zrobić listę tych jednostek, które zdaniem śmierciożerców są cokolwiek warte, to może byłoby na niej trzysta nazwisk. O, on i Daisy, na przykład. Mieli rodziców czarodziejów, dziadków czarodziejów i że wśród pradziadków zaplątał się jakiś mugol, to naprawdę nie powinno nikogo interesować, prawda? A czuł podskórnie, że Voldemortowi mogłoby to właśnie bardzo przeszkadzać…
Między innymi dlatego cała relacja miała pozostać idealnie bezstronna, tak na wszelki wypadek, żeby przypadkiem ktoś nie zapukał potem do drzwi reportera, bo postawił śmierciożerców w złym świetle.
- To zależy, bo wiesz, może akurat lubi blask fleszy? – zastanowił się Darcy. On go uwielbiał. Gdyby uratował kogoś z pożaru, bardzo by chciał, żeby napisano o nim w gazecie.
Chociaż zaraz.
No dobrze, gdyby to był pożar wywołany przez śmierciożerców, to chyba niekoniecznie.
- Ale tak myślę, że on tu chyba nie stoi i nie patrzy. Bo jak wbiegł do płonącego domu, to pewnie musiał go obejrzeć uzdrowiciel. A nawet jak nie, to go wzięli na jakieś przesłuchanie albo coś… wiesz, co widział i w ogóle – oświadczył Darcy, po czym raźnym krokiem ruszył ku sąsiadom. Humor mu się trochę poprawił, kiedy usłyszał, że nikt nie zginął. – Masz rację, porozmawiajmy najpierw z sąsiadkom. Te ruiny raczej nigdzie nam nie uciekną.
Skierował się ku kobiecie wskazanej przez Daisy. Trudno powiedzieć, czy Lockhartówna miała wyczucie, co do osób, które zechcą porozmawiać z prasą. Może tak, może nie. Darcy jednak szczerze wierzył, że Daisy takie wyczucie posiada. Tak jak w wiele innych zalet siostry, prawdziwych albo tylko urojonych.
- Dzień dobry. Darcy Lockhart, Daisy Lockhart. Przygotowujemy relację na temat dzisiejszych, tragicznych wydarzeń do prasy – przedstawił się uprzejmie. – Czy zechciałaby pani z nami porozmawiać?
– Och… – kobieta zawahała się. Wyglądało na to, że przez chwilę walczyła sama ze sobą, z jednej strony bardzo chcąc, aby wspomniano o niej w gazecie, z drugiej niepewna, czy powinna rozmawiać z prasą. – A co państwo chcieliby wiedzieć?
- Na przykład… co pani wie, o osobach, które mieszkały w tym domu?
- Michael Carlick – odparła w końcu sąsiadka. – To naprawdę bardzo dobry chłopiec, sam wychowuje dwóch synów! Starszy jest w Hogwarcie. Drugi, biedaczek, ma dopiero iść do szkoły, omal nie spłonął w tym strasznym pożarze… uwierzy pan? Chcieli zabić bezbronne dziecko…
- Ma pani jakieś podejrzenia, dlaczego spotkało to pana Carlicka?
- Sama nie wiem, to naprawdę złoty człowiek! Chociaż… ja tam nie lubię plotkować, ale chyba jego rodzice to mugole. Nie jestem pewna, bo widzi pan, oni mieszkali tutaj od niedawna. Kupili ten dom ledwo parę miesięcy temu i wszystko poszło z dymem.
Ale jednocześnie denerwowali go ci cali śmierciożercy i Voldemort. Nie tylko dlatego, że Darcy po prostu nie za bardzo lubił drastyczną przemoc, choć uciekłby się do niej, uważając to za najlepsze wyjście. Po prostu czasem wydawało mu się, że są wrogami absolutnie wszystkich i że w ogóle, jakby zrobić listę tych jednostek, które zdaniem śmierciożerców są cokolwiek warte, to może byłoby na niej trzysta nazwisk. O, on i Daisy, na przykład. Mieli rodziców czarodziejów, dziadków czarodziejów i że wśród pradziadków zaplątał się jakiś mugol, to naprawdę nie powinno nikogo interesować, prawda? A czuł podskórnie, że Voldemortowi mogłoby to właśnie bardzo przeszkadzać…
Między innymi dlatego cała relacja miała pozostać idealnie bezstronna, tak na wszelki wypadek, żeby przypadkiem ktoś nie zapukał potem do drzwi reportera, bo postawił śmierciożerców w złym świetle.
- To zależy, bo wiesz, może akurat lubi blask fleszy? – zastanowił się Darcy. On go uwielbiał. Gdyby uratował kogoś z pożaru, bardzo by chciał, żeby napisano o nim w gazecie.
Chociaż zaraz.
No dobrze, gdyby to był pożar wywołany przez śmierciożerców, to chyba niekoniecznie.
- Ale tak myślę, że on tu chyba nie stoi i nie patrzy. Bo jak wbiegł do płonącego domu, to pewnie musiał go obejrzeć uzdrowiciel. A nawet jak nie, to go wzięli na jakieś przesłuchanie albo coś… wiesz, co widział i w ogóle – oświadczył Darcy, po czym raźnym krokiem ruszył ku sąsiadom. Humor mu się trochę poprawił, kiedy usłyszał, że nikt nie zginął. – Masz rację, porozmawiajmy najpierw z sąsiadkom. Te ruiny raczej nigdzie nam nie uciekną.
Skierował się ku kobiecie wskazanej przez Daisy. Trudno powiedzieć, czy Lockhartówna miała wyczucie, co do osób, które zechcą porozmawiać z prasą. Może tak, może nie. Darcy jednak szczerze wierzył, że Daisy takie wyczucie posiada. Tak jak w wiele innych zalet siostry, prawdziwych albo tylko urojonych.
- Dzień dobry. Darcy Lockhart, Daisy Lockhart. Przygotowujemy relację na temat dzisiejszych, tragicznych wydarzeń do prasy – przedstawił się uprzejmie. – Czy zechciałaby pani z nami porozmawiać?
– Och… – kobieta zawahała się. Wyglądało na to, że przez chwilę walczyła sama ze sobą, z jednej strony bardzo chcąc, aby wspomniano o niej w gazecie, z drugiej niepewna, czy powinna rozmawiać z prasą. – A co państwo chcieliby wiedzieć?
- Na przykład… co pani wie, o osobach, które mieszkały w tym domu?
- Michael Carlick – odparła w końcu sąsiadka. – To naprawdę bardzo dobry chłopiec, sam wychowuje dwóch synów! Starszy jest w Hogwarcie. Drugi, biedaczek, ma dopiero iść do szkoły, omal nie spłonął w tym strasznym pożarze… uwierzy pan? Chcieli zabić bezbronne dziecko…
- Ma pani jakieś podejrzenia, dlaczego spotkało to pana Carlicka?
- Sama nie wiem, to naprawdę złoty człowiek! Chociaż… ja tam nie lubię plotkować, ale chyba jego rodzice to mugole. Nie jestem pewna, bo widzi pan, oni mieszkali tutaj od niedawna. Kupili ten dom ledwo parę miesięcy temu i wszystko poszło z dymem.