Droga Geraldine!
mam nadzieję, że ten list zastanie Cię całą i zdrową. Od kilku dni krążą wiadomości o tym, co wydarzyło się w Londynie i choć część z nich brzmi jak plotki, trudno całkiem je zlekceważyć. Wiem, że potrafisz sobie poradzić, ale mimo wszystko chciałam zapytać, czy wszystko u Ciebie w porządku?
U nas na szczęście spokojnie. Kamienica pod Londynem trochę ucierpiała, ale nas tam nie było. Jak co roku, we wrześniu pojechaliśmy na klify. Tyle lat już minęło, a i tak nie potrafię inaczej. Trzeba było pojechać, zapalić świecę, posiedzieć w ciszy. To zawsze był nasz miesiąc.
Od śmierci Finna przecież wcale nie upłynęło tak długo, jak niektórzy chcieliby udawać. Nawet jeśli ojciec twierdzi, że już wystarczy tego wdowieństwa, przecież trzeba żyć dalej, mam obowiązki i wszystko musi się jakoś poukładać. Mi się wydaje, że dopóki potrafię jeszcze o nim mówić w czasie teraźniejszym, mogę sobie pozwolić na trochę spokoju. Co prawda, to nie zmienia faktu, że nie mam tu zbyt wiele do powiedzenia. Ale! Jakimś cudem, Morgana wciąż jest po mojej stronie...
W pożarach zginął sir Edmund. Stary dziad spalił się podczas wieczorku hazardowego. Ponoć był tak schlany, że nawet nie próbował uciekać. Zidentyfikowali go po sygnetach, bo została z niego kupka popiołu. Morgana okazała mi łaskę. Nie powiem, że się cieszę, przynajmniej nie głośno, muszę teraz przez jakiś czas zachowywać odpowiednią minę. Krępujące, ale do zniesienia. Najważniejsze, że temat aranżów został chwilowo odłożony.
Mairead ma się dobrze. Rośnie jak na drożdżach i mówi coraz więcej rzeczy, których nawet nie powinna słyszeć. Zaczynam podejrzewać, że niektóre powtarza z rozmysłem, żeby sprawdzić, jak daleko może się posunąć. Niezła z niej aktorka. Po matce, jak nic.
A Ty? Napisz, proszę. Czy u Ciebie wszystko dobrze? Jak się czujesz po tym wszystkim? Co z domem, co z rodziną? Myślałam o Tobie, gdy tylko usłyszałam pierwsze wieści. Mam nadzieję, że to wszystko Cię nie dosięgło, albo przynajmniej nie zabrało zbyt wiele.
Ściskam,