Najwyraźniej Merlin był dziś zajęty czymś znacznie pilniejszym, niż czuwaniem nad porządkiem i rozsądkiem w tej, z pozoru przyjacielskiej, grupie dorosłych czarodziejów, którzy, jak miało się okazać, potrzebowali nadzoru równie intensywnego, co dzieci z drugiego roku Hogwartu - takie, które już nawiązały pierwsze konflikty i je teraz intensyfikowały. Cornelius nie był typem, który z łatwością ulegał emocjom. Nie w sposób, jaki byłby gwałtowny, który deformowałby mu twarz albo zdzierał gardło. Zazwyczaj, nawet wśród wzmożonego zamieszania, unosił brew, zaciągał powietrze, przymykał powieki i mówił „proszę”, tonem człowieka, który zdecydowanie nie prosi. Jego kontrola nad sobą była jego symbolem, bronią, największą zaletą, jaką Corio mógł sobie przypisać, szczególnie wśród grupy znajomych, którzy mylili dramat teatralny z życiem, emocje z opiniami, a własne paranoje z faktami. Dlatego też, kiedy już zdążył wygłosić kilka chłodnych, niepozostawiających miejsca na negocjację słów i odwrócił się na pięcie z zamiarem wypicia kieliszka czegoś wysokoprocentowego, uczynił to ze spokojem człowieka, który uznał sprawę za zakończoną.
Tyle tylko, że najwyraźniej Merlin miał dziś inne plany... Corio właściwie nie musiał rozumieć, co Romulus mówił, ale zrozumiał irracjonalny wyrzut o próbę morderstwa, Lestrange nie potrzebował kontekstu, nie był już obserwatorem, był gospodarzem, przyjacielem... Przyjacielem! Tak mu się wydawało, dopóki ktoś, kogo znał pół życia, nie zachował się, jakby postradał zmysły. Romulus trzymał różdżkę przy gardle innego z nich i sięgał po wahadło. Lestrange nie słyszał, co Porter mówił do Fenwicka i nie potrzebował tego. Cornelius znał wystarczająco dobrze sztuczki mentalne, by wiedzieć, co właśnie się działo - hipnoza, sugestia, coś obrzydliwego i pozbawionego zgody, a przede wszystkim, wymierzonego w kogoś, kto nie był przeciwnikiem.
Coś w nim pękło, ale nie tak, jak łamie się ktoś gwałtowny, Corio nie krzyknął, nie rzucił się biegiem, nie, za to zadziałał bez wahania. Nie było tam miejsca na ostrzeżenia, na prośby o wyjaśnienia, ponieważ czas na cywilizowane dyskusje minął, gdy Roman postanowił przystawić broń do ciała przyjaciela. Gest Corio był czysty, spokojny, wykonany z mechaniczną precyzją. Dłoń mężczyzny zsunęła się do kieszeni, palce dotknęły różdżki, a ciało wykonało płynny obrót.
b]- Depulso.[/b] - Rzucił bez chwili wahania, chłodno, czysto, chcąc rozdzielić kumpli, celując dokładnie w sam środek. Różdżka w jego dłoni nie opadła ani o centymetr. Wzrok miał chłodny, spokojny, beznamiętny, mógłby, równie dobrze, patrzeć na plamę na nowym obrusie albo na nagiego ślimaka na rabacie, ale Cornelius patrzył na Romulusa.
Po rzuceniu zaklęcia, mężczyzna stanął nieruchomo, z różdżką wciąż wyciągniętą, bo nie był pewien, czy nie trzeba będzie powtórzyć interwencji. Zatrzymał się i spojrzał na Romulusa w sposób, w jaki spogląda się na coś, co właśnie przestało być znajome. Nie wyglądał, jak ktoś wściekły, nawet nie zawiedziony, Lestrange miał spojrzenie kogoś, kto w tym momencie zaczął być po prostu wykluczający. Westchnął, powoli, przymknął na chwilę powieki, nawet jeśli zaklęcie nie trafiło, mężczyzna miał nadzieję, że to wystarczy, żeby otrzeźwić Pottera.
- Czy wyście do reszty oszaleli? - Zapytał cicho, ale wyraźnie, z tą specyficzną tonacją, która nie pozostawiała wątpliwości, że zaraz przestanie być elegancko. - Różdżka. Na Benjy’ego. NA BENJY’EGO. - Tym razem był bliski uniesienia głosu, Corio nie musiał słyszeć reszty, nie potrzebował pełnego kontekstu, wystarczył mu widok wahadełka, znajomego przedmiotu, zwisającego między palcami Romulusa. Coś, co powinno dawno już zostać zapomniane, a może lepiej - spalone. - Wahadełko? Naprawdę? Czy nie sądzisz, że wystarczająco często musisz po to sięgać w sytuacjach, w których faktycznie jest to konieczne, a nie dlatego, że masz akurat zły dzień i nie znalazłeś sobie odpowiednio głębokiej pyskówki, żeby się odszczekać? - Uniósł różdżkę, ważył ją w dłoni. - Rozumiem dramatyzm. Rozumiem nawet histerię, wszyscy jesteśmy wystarczająco pokiereszowani, żeby czasem odgryźć się zbyt ostro, ale ty właśnie... - Bardzo ostro wciągnął powietrze, nie miał słów, które mogłyby to nazwać, co w tej chwili Potter zrobił. - W MOIM ogrodzie, pośród NASZYCH ludzi, wobec PRZYJACIELA I KOBIETY, którą zaprosiłem tutaj nie po to, żeby ją publicznie linczowano, tylko dlatego, że jej obecność jest dla nas cenniejsza, niż twoje wewnętrzne dziecko. Popraw się i znajdź jakąś bardzo dobrą wymówkę. Zrób to szybko, zanim uznam, że czas twojej obecności tutaj dobiegł końca, a jeśli nie posłuchasz, to przysięgam, Romulusie, że sprawię, iż ten wieczór będzie ostatnim, na którym pojawisz się w moim domu. - Nie podniósł głosu, ale był tego blisko, co dało się słyszeć w tonie, w jakim Lestrange akcentował słowa. - I nie, nie będzie czekoladowych żab na pożegnanie. - Wycedził.
Kształtowanie fali powietrza, która odepchnie:
- Romulusa
Sukces!
- Benjy’ego
Krytyczny sukces!