21.06.2025, 19:26 ✶
Podłoga była twarda, ale nie był to pierwszy raz kiedy Miles mając do wyboru - dotrzeć do łóżka albo zasnąć w miejscu w którym się znajdowała... zasypiała w miejscu w którym się znajdowała.
Leżała w absolutnym braku czujności (może to była kwestia tego, że dotarła do bezpiecznego miejsca, z bezpiecznymi ludźmi wokół?), ale też i to co przyszło do niej na moment przed przebudzeniem było... co najmniej absorbujące.
Była nad Księżycowym Stawem, który nosił swoje tajemnice i skrywał swoje ciała pod mętną wodą. Był jak ona, a ona była jak on. I było spokojnie i było pięknie. A potem przyszedł zachód słońca i pojawiły się cienie. Widma zaczęły wychodzić spomiędzy drzew.
ZDRAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAADA LĘKAJ SIĘ LĘKAJ SIĘ IMIENIAAAAA
śpiewały, szeptały, darły się, skamlały, groziły coraz głośniej, tym głośniej im słońca znajdowało się na horyzoncie mniej.
Miles poruszyła się niespokojnie, ciało napięte i przerażone przeciwstawiało się sennemu odrętwieniu. Szarpnęła głową.
– Nie...– wysmyknęło jej się przez blade usta, brudne od sadzy czoło zraszał zimny pot. – Nie... zostawcie... zostawcie mnie... nie...
Dopadli ją. Dłonie zaciskały się na nadgarstkach, na kostkach, jak wtedy, jak w Lecznicy, gdy przez ścianę mieszkał człowiek o oczach i włosach białych jak śnieg. Dotyk był wszędzie, życie uchodziło z niej jak z wizji, którą dostała w prezencie od swojego psychiatry wraz z nowym lekiem. Czarne włosy stawały się białe. Oczy traciły blask i tylko krzyk, gorzki, przepełniony strachem i dzikością, tylko on był prawdziwy, ostatni, jedyny, rozszarpujący ciało w ostatnim błaganiu.
Leżała w absolutnym braku czujności (może to była kwestia tego, że dotarła do bezpiecznego miejsca, z bezpiecznymi ludźmi wokół?), ale też i to co przyszło do niej na moment przed przebudzeniem było... co najmniej absorbujące.
Była nad Księżycowym Stawem, który nosił swoje tajemnice i skrywał swoje ciała pod mętną wodą. Był jak ona, a ona była jak on. I było spokojnie i było pięknie. A potem przyszedł zachód słońca i pojawiły się cienie. Widma zaczęły wychodzić spomiędzy drzew.
ZDRAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAADA LĘKAJ SIĘ LĘKAJ SIĘ IMIENIAAAAA
śpiewały, szeptały, darły się, skamlały, groziły coraz głośniej, tym głośniej im słońca znajdowało się na horyzoncie mniej.
Miles poruszyła się niespokojnie, ciało napięte i przerażone przeciwstawiało się sennemu odrętwieniu. Szarpnęła głową.
– Nie...– wysmyknęło jej się przez blade usta, brudne od sadzy czoło zraszał zimny pot. – Nie... zostawcie... zostawcie mnie... nie...
Dopadli ją. Dłonie zaciskały się na nadgarstkach, na kostkach, jak wtedy, jak w Lecznicy, gdy przez ścianę mieszkał człowiek o oczach i włosach białych jak śnieg. Dotyk był wszędzie, życie uchodziło z niej jak z wizji, którą dostała w prezencie od swojego psychiatry wraz z nowym lekiem. Czarne włosy stawały się białe. Oczy traciły blask i tylko krzyk, gorzki, przepełniony strachem i dzikością, tylko on był prawdziwy, ostatni, jedyny, rozszarpujący ciało w ostatnim błaganiu.