Cassian milczał przez moment, wpatrzony w szczelinę między drzwiami a framugą. Dźwięk był zbyt cichy, by go jednoznacznie zidentyfikować, ale niepokojąco ludzki – rozciągnięty w czasie szloch, przerwany westchnieniem, jakby ktoś próbował się opanować, a nie mógł. Ten dźwięk nie należał do żadnego zaklęcia. Ani do żadnej instalacji hydraulicznej. Był zbyt pełen bólu. Prawdziwego. I to właśnie ten aspekt poruszył coś w Cassianie mocniej niż cokolwiek innego. Gdyby to był duch, pewnie byłby w stanie to rozpoznać – magia w powietrzu miałaby inną strukturę. Ale tu... był tylko płacz. Niepokojąco ludzki.
Odwrócił głowę w stronę Martina. Ich spojrzenia skrzyżowały się na krótko – wystarczająco, by przekazać wzajemne potwierdzenie, że to nie wyobraźnia. Nie padało. Wokół było cicho. A jednak... ktoś tam był. Cassian nie próbował ukrywać napięcia w ramionach, ale nie było w nim strachu. Raczej poczucie obowiązku, które narastało, przygniatając go jak grawitacja. Jeśli ktoś tam cierpiał – nie mogli po prostu odejść. Nie mógł.
– To nie wygląda na żart... – odezwał się w końcu, ściszonym głosem, jakby nie chciał spłoszyć tego, co kryło się za drzwiami. – Może ktoś został zamknięty, może ktoś się boi... Jeśli to jedna z młodszych uczennic... – urwał. Nie chciał kończyć tej myśli. Za dużo było możliwości. Każda wymagała, by nie zostawiać tej osoby samej.
Zbliżył się powoli do drzwi. Palcami dotknął chłodnego metalu klamki, ale nie nacisnął jej od razu. Kątem oka zerknął na Martina i dodał półgłosem: – Nie zostaniemy długo. Sprawdzimy tylko, czy nic jej nie jest. Potem dam znać nauczycielom. Ale jeśli to coś poważnego... nie chcę ryzykować, że ktoś cierpi, a my przeszliśmy obok.
Znów odezwał się ten dźwięk. Tym razem bliższy. Jakby z jednej z kabin. Cassian poczuł, że mięśnie karku lekko mu się napinają, ale nie zrobił kroku w tył. Przeciwnie. Z cichym skrzypnięciem nacisnął klamkę.