Znał wiele rodzajów damskich dźwięków. Za dużo kobiet kręciło się wokół niego. W każdym wieku. Każdym stanie. Rozpoznawał dramatyczne okrzyki domagające się o uwagę, połykany w gniewie szloch, czy łzy zrozpaczonej panienki ze świeżo złamanym sercem. Tym razem było to coś podobnego... ale też niezwykle innego. Martin czekał na decyzję Cassiana – to w końcu jego zadanie. Osobiście nie chciał robić nic. Nawet, gdyby sam pełnił rolę prefekta... nie wchodziłby do łazienki. Nie chciał mówić koledze, co robić, ale już prawie z jego ust wyrwała się sugestia, by pójść po jakąś kobietę.
Prawie, gdyż ostatnie słowa Cassiana postawiły sytuację w nieco innej perspektywie. Słyszany lament mógł nie być skutkiem zdarzenia, lecz motywem rozgrywającej się tragedii. Jako prefekt... nie – jako człowiek – Blishwick musiał zareagować. Martin nic nie powiedział. Był gotowy, by stanąć w drzwiach łazienki jako łącznik między światem potencjalnego kryzysu, a oknem na pomoc.
Płacz nie ustawał. Jego nuty drażniły chłopaka. W przeciwieństwie do rówieśnika, nie zadrżała w nim empatia. Za dużo się tego nasłuchał. Bez względu na to, czy łzy prawdziwe, czy wymuszone (a w jego rodzinie tych było dość sporo). Nie miało znaczenia, czy sprawa błaha, czy istotna – o ile dało się w ogóle posortować konkretne łzy na takiej skali. Ale wszystko to jego cyniczny nastoletni słownik jednoznacznie kalsyfikował jako hałas. A on hałasu nie lubił.