Cassian poczuł, jak chłód metalu klamki przenika skórę jego palców. Przez chwilę jeszcze trwał w bezruchu, jakby chciał dać płaczowi czas, by sam się wypalił, by to, co niewidoczne, znalazło ujście poza ich obecnością. Ale nic się nie zmieniało. Łkanie, ciche, stłumione, powtarzało się jak refren pieśni, której tekstu nikt już nie chciał pamiętać. Z tej łazienki przecież korzystano. Codziennie. Nie mogło być miejscem, które na stałe przyjęło w swoje mury czyjś ból. A może mogło? Może ból i codzienność łatwiej współistnieją, niż chcieliby to przyznać? Nacisnął klamkę, czując pod palcami lekkie opory, jakby sam mechanizm, podobnie jak on, zastanawiał się, czy otwarcie tych drzwi jest dobrym pomysłem. Wreszcie odsunął je powoli, starając się nie wpuścić do środka zbyt gwałtownego podmuchu powietrza. Nie chciał, by cokolwiek – lub ktokolwiek – poczuło się zaskoczone ich wejściem.
Wnętrze powitało ich chłodem i zapachem wody z domieszką starego kamienia, jakby ściany pamiętały każdy strumień, każdą kroplę, każdy ślad rąk, które kiedyś próbowały coś z nich zmyć. Płacz ucichł na sekundę, gdy drzwi ustąpiły pod naciskiem Cassiana, ale zaraz znów się odezwał, teraz wyraźniejszy, bliższy, jakby źródło dźwięku znalazło się tuż obok, schowane za jedną z kabin. Echo niosło się po kafelkach, odbijało od powierzchni umywalek i luster, rozciągając brzmienie łkania aż do granic rzeczywistości. Cassian zrobił kilka kroków naprzód. Nie spieszył się – nie chciał straszyć, nie chciał pogłębić cudzego wstydu ani bólu. Zatrzymał się przy umywalkach, dotykając marmurowego blatu jak kotwicy dla swoich myśli. Rzut oka na wnętrze nie zdradził niczego niezwykłego. Wszystko wyglądało tak, jak powinno. Kabiny zamknięte. Jedna, najbliższa, miała lekko przekrzywioną zasuwę, jakby ktoś zamknął ją w pośpiechu albo bez siły, by doprowadzić mechanizm do końca. Na podłodze drobny ślad wilgoci – czy to była woda, czy coś innego, Cassian nie umiał jeszcze rozpoznać.
– Halo? – jego głos odbił się od płytek jak pytanie, na które nikt nie chce odpowiedzieć. Był miękki, spokojny, prawie ciepły. – Czy wszystko w porządku? Możemy pomóc?
Odpowiedziało mu jedynie cichsze łkanie. Zbyt ciche, zbyt zmęczone, by było wołaniem o pomoc, a jednak zbyt pełne emocji, by je zignorować. Cassian poczuł znajome ukłucie w piersi – to było to miejsce, ten moment, gdy poezja przegrywała z rzeczywistością, gdy każde słowo brzmiało zbyt banalnie wobec cudzego cierpienia. Zbliżył się do kabiny, zza której dochodził dźwięk. Drzwi zdawały się pulsować tym płaczem, jakby materiał, z którego je wykonano, przejął odgłos do własnych włókien. Nachylił się lekko, jakby chciał spojrzeć pod drzwiami, ale wstrzymał się. Nie miał prawa wtargnąć w cudzą intymność bardziej niż to konieczne.
– Proszę... jeśli chcesz, możemy sprowadzić kogoś jeszcze. Nauczycielkę. Kogoś, kto będzie mógł pomóc. Nie musisz być tu sama.
Z kabiny nie dochodziła żadna odpowiedź. Tylko szloch, coraz bardziej rozedrgany, jakby płacząca osoba walczyła już nie z tym, co ją spotkało, ale z samym faktem, że ktoś ten płacz słyszy. Cassian poczuł, jak między jego łopatkami osiada znajomy ciężar – ciężar odpowiedzialności, której nie można było zrzucić na nikogo innego. Wziął głębszy oddech, czując w powietrzu zapach wilgoci, metalu i czegoś jeszcze... czegoś, co przypominało kurz starych ksiąg albo pył osiadły na zapomnianych przedmiotach. Z tej mieszanki wyłaniała się atmosfera, która niepokoiła – nie przez to, co widoczne, ale przez to, czego nie sposób było dostrzec. Zerknął jeszcze na Martina, szukając w jego twarzy potwierdzenia, że dobrze robi, że powinien zostać tu jeszcze chwilę dłużej. A potem znów zwrócił się do kabiny:
– Nie chcę cię przestraszyć. Po prostu powiedz, czy wszystko jest w porządku. Czy możemy coś zrobić.
W odpowiedzi znów cisza, która była gorsza niż szloch. Ta cisza miała w sobie coś, co sprawiło, że Cassian wyprostował się, odsunął o pół kroku. Cień, rzucany przez kabinę na podłogę, wydawał się większy niż powinien. Na granicy wzroku zadrgało coś, co mógłby wziąć za ruch spódnicy, za fałdę szaty... ale równie dobrze za drgnienie własnego spojrzenia, nadwerężonego przez napięcie. A potem płacz odezwał się raz jeszcze. Tym razem wyraźniejszy. I na ułamek sekundy Cassianowi zdawało się, że z tego szlochu wyłania się słowo. Nie imię. Nie wołanie. Ale słowo, które powtarzane na nowo i na nowo, miało być dla kogoś kluczem. Czyjeś „przepraszam”, które nie znalazło adresata.