22.06.2025, 04:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.11.2025, 05:23 przez Lorraine Malfoy.)
Zanim Lorraine zdążyła odpowiedzieć na jakiekolwiek pytanie, jakie padło ze strony Alastora czy Sebastiana, z otchłani prosektoryjnej sali dobiegło wycie. Wycie, które zdawało się przejmować do głębi wszystko, co żywe, powodując, że krew ścina się w żyłach, a serce zatrzymuje się w pół uderzenia. Wycie niemal zwierzęce, nieludzkie, a jednak, niewątpliwie należące do istoty ludzkiej – do czegoś, co kiedyś nazywano człowiekiem, a teraz... Półwila westchnęła ciężko. Teraz było martwe.
Tyle że nie wszystko, co było martwe, chciało umrzeć.
– Mogę wam pokazać wszystkie papiery – odezwała się w końcu, nie siląc się nawet na to, aby próbować przekrzyczeć upiorne zawodzenie nieumarłej istoty, która demolowała w tym czasie wnętrze prosektorium. – Ale, po prawdzie, niewiele z nich wynika. Wymyślone imię i nazwisko, podrobione dokumenty, fałszywy adres zamieszkania. Nie miał nic przy sobie. Nic, co pozwoliłoby ustalić jego prawdziwą tożsamość. Ciało dostarczył właściciel doków, gdzie denat pracował przez ostatni miesiąc. Sama tylko bogini raczy wiedzieć, co go przywiodło w te strony. Nikt nie wie, skąd pochodził. Nikt nie pytał, dopóki zostawiał dniówkę za szynkwasem gospody, a rano względnie trzeźwy pojawiał się w dokach, zawsze punktualnie. Powiesił się w magazynie.
Znalazł go stary kapitan, kierownik portu, który przesadnie wręcz dbał o pozory, aby władze nie zainteresowały się nie do końca legalnym przeładunkiem gorzałki, na jaki po cichu zezwalał swoim dokerom. Nie mógł pozwolić sobie na dochodzenie w sprawie trupa, sam pokrył więc koszty pogrzebu pracownika, zaraz po tym, jak potwierdzono, że doszło do samobójstwa. Kierownik portu... Lorraine zdążyła się dobrze przyjrzeć jego twarzy. Należał do tego gatunku ludzi, dla których liczyło się w życiu tylko ubić interes. A jednak pod maską obojętności tliła się dziwna nerwowość, niewidoczna na pierwszy rzut oka, a jednak oczywista dla Lorraine. Zbyt dobrze znała się na ludziach. Jak każdy stary wilk morski, kapitan był bowiem przesądny. A trup w dokach nie wydawał się najlepszym omenem, jaki mógł zawisnąć nad jego interesem. Kierownik portu nie chciał kłopotów. Nikt nie chce kłopotów, pomyślała Lorraine. Nawet martwi ich nie chcą, choć tak często je przynoszą.
Musiała to przyznać staremu kapitanowi, że reszta dokerów po prostu wrzuciłaby ciało do kanału i zapomniała o całej sprawie. Ale on... On przynajmniej dał temu człowiekowi szansę na godny pochówek.
– Zauważyłam, że na ciele miał wyrysowane jakieś dziwne symbole, ale nie zdążyłam im się przyjrzeć dokładniej. Miałam wcześniej pogrzeb – usprawiedliwiła się Lorraine. – Właściwie to dopiero zeszłam do prosektorium, aby zacząć pracę. Uzdrowiciel stwierdzający zgon nie poświęcił tym symbolom więcej uwagi, a w swoim raporcie służbowym zapisał tylko: "obecność tatuaży".
Choć Lorraine chciała pomóc, nie potrafiła powiedzieć nic więcej na temat szalejącego w podziemiach zakładu pogrzebowego trupa. Miała poczucie, że zawiodła. Że mogłaby zrobić więcej, zobaczyć więcej, zdobyć dla Alastora i Sebastiana jakieś wskazówki. Ale w jej pamięci pozostało wyłącznie kilka pospiesznie skradzionych spojrzeń na blade ciało pokryte znakami, których znaczenia nie znała. Może było to irracjonalnym, ale miała wrażenie, że gdyby tylko zdążyła poznać jego imię – prawdziwe imię, nie to zapisane na fałszywych papierach – wycie nie zdawałoby się jej tak rozpaczliwym. W końcu imiona... Imiona miały moc, prawda?
Objęła się ramionami, gdy z dołu dobiegło ich wyjątkowo głośne szczęknięcie, jak gdyby ktoś wywrócił nagle metalowy stół prosektoryjny na ziemię. Wycie dochodzące z piwnic brzmiało jak czysty sprzeciw. Sprzeciw wobec śmierci, sprzeciw wobec samotności, sprzeciw wobec zapomnienia. Przejmująca, rozdzierająca skarga na istnienie po istnieniu. Nie pierwszy raz coś podobnego słyszała w podziemiach Necronomiconu, ale nigdy wcześniej tak blisko, nigdy tak dziko. Nigdy tak... Zastanowiła się, zanim znalazła w końcu odpowiednie słowo. Desperacko. Wargi Lorraine zadrgały niebezpiecznie.
– Chciałabym po prostu pozwolić mu odejść w pokoju – poprosiła, próbując powstrzymać drżenie w głosie, gdy stojący przed nią mężczyźni wymienili spojrzenia, po czym rozpoczęli przygotowania do starcia z... czymkolwiek było to, co grasowało w tym momencie w podziemiach Necronomiconu. Martwe, ale uparte w swoim trwaniu. – Każdy zasługuje przecież na odpoczynek na łonie Matki.
Tyle że nie wszystko, co było martwe, chciało umrzeć.
– Mogę wam pokazać wszystkie papiery – odezwała się w końcu, nie siląc się nawet na to, aby próbować przekrzyczeć upiorne zawodzenie nieumarłej istoty, która demolowała w tym czasie wnętrze prosektorium. – Ale, po prawdzie, niewiele z nich wynika. Wymyślone imię i nazwisko, podrobione dokumenty, fałszywy adres zamieszkania. Nie miał nic przy sobie. Nic, co pozwoliłoby ustalić jego prawdziwą tożsamość. Ciało dostarczył właściciel doków, gdzie denat pracował przez ostatni miesiąc. Sama tylko bogini raczy wiedzieć, co go przywiodło w te strony. Nikt nie wie, skąd pochodził. Nikt nie pytał, dopóki zostawiał dniówkę za szynkwasem gospody, a rano względnie trzeźwy pojawiał się w dokach, zawsze punktualnie. Powiesił się w magazynie.
Znalazł go stary kapitan, kierownik portu, który przesadnie wręcz dbał o pozory, aby władze nie zainteresowały się nie do końca legalnym przeładunkiem gorzałki, na jaki po cichu zezwalał swoim dokerom. Nie mógł pozwolić sobie na dochodzenie w sprawie trupa, sam pokrył więc koszty pogrzebu pracownika, zaraz po tym, jak potwierdzono, że doszło do samobójstwa. Kierownik portu... Lorraine zdążyła się dobrze przyjrzeć jego twarzy. Należał do tego gatunku ludzi, dla których liczyło się w życiu tylko ubić interes. A jednak pod maską obojętności tliła się dziwna nerwowość, niewidoczna na pierwszy rzut oka, a jednak oczywista dla Lorraine. Zbyt dobrze znała się na ludziach. Jak każdy stary wilk morski, kapitan był bowiem przesądny. A trup w dokach nie wydawał się najlepszym omenem, jaki mógł zawisnąć nad jego interesem. Kierownik portu nie chciał kłopotów. Nikt nie chce kłopotów, pomyślała Lorraine. Nawet martwi ich nie chcą, choć tak często je przynoszą.
Musiała to przyznać staremu kapitanowi, że reszta dokerów po prostu wrzuciłaby ciało do kanału i zapomniała o całej sprawie. Ale on... On przynajmniej dał temu człowiekowi szansę na godny pochówek.
– Zauważyłam, że na ciele miał wyrysowane jakieś dziwne symbole, ale nie zdążyłam im się przyjrzeć dokładniej. Miałam wcześniej pogrzeb – usprawiedliwiła się Lorraine. – Właściwie to dopiero zeszłam do prosektorium, aby zacząć pracę. Uzdrowiciel stwierdzający zgon nie poświęcił tym symbolom więcej uwagi, a w swoim raporcie służbowym zapisał tylko: "obecność tatuaży".
Choć Lorraine chciała pomóc, nie potrafiła powiedzieć nic więcej na temat szalejącego w podziemiach zakładu pogrzebowego trupa. Miała poczucie, że zawiodła. Że mogłaby zrobić więcej, zobaczyć więcej, zdobyć dla Alastora i Sebastiana jakieś wskazówki. Ale w jej pamięci pozostało wyłącznie kilka pospiesznie skradzionych spojrzeń na blade ciało pokryte znakami, których znaczenia nie znała. Może było to irracjonalnym, ale miała wrażenie, że gdyby tylko zdążyła poznać jego imię – prawdziwe imię, nie to zapisane na fałszywych papierach – wycie nie zdawałoby się jej tak rozpaczliwym. W końcu imiona... Imiona miały moc, prawda?
Objęła się ramionami, gdy z dołu dobiegło ich wyjątkowo głośne szczęknięcie, jak gdyby ktoś wywrócił nagle metalowy stół prosektoryjny na ziemię. Wycie dochodzące z piwnic brzmiało jak czysty sprzeciw. Sprzeciw wobec śmierci, sprzeciw wobec samotności, sprzeciw wobec zapomnienia. Przejmująca, rozdzierająca skarga na istnienie po istnieniu. Nie pierwszy raz coś podobnego słyszała w podziemiach Necronomiconu, ale nigdy wcześniej tak blisko, nigdy tak dziko. Nigdy tak... Zastanowiła się, zanim znalazła w końcu odpowiednie słowo. Desperacko. Wargi Lorraine zadrgały niebezpiecznie.
– Chciałabym po prostu pozwolić mu odejść w pokoju – poprosiła, próbując powstrzymać drżenie w głosie, gdy stojący przed nią mężczyźni wymienili spojrzenia, po czym rozpoczęli przygotowania do starcia z... czymkolwiek było to, co grasowało w tym momencie w podziemiach Necronomiconu. Martwe, ale uparte w swoim trwaniu. – Każdy zasługuje przecież na odpoczynek na łonie Matki.
Koniec sesji