Giovanni był jak nowo narodzony, podczas gdy Cecylka sturlała się z górki. Zaraz też pobiegł jej pomóc wstać, jak na dżentelmena przystało.
— Ojej, panno Lupin, nic się pani nie stało? Poza okularami, rzecz jasna!
Obejrzał kobietę z każdej strony. Ledwo wyruszyli, a już ofiary w ludziach. Któregoś dnia Voldemort doczeka się piąstki Giovanniego na swojej bladej twarzy.
Urquart nie miał problemów z rozdzieleniem się. Byli wprawionymi czarodziejami, nie ma sensu trzymać się w jednej grupce. Jedynym zagrożeniem w lesie mogły być dzikie zwierzęta, a w tym przypadku to nawet lepiej w dwójkę chodzić, bo to mniej hałasu i w razie czego nawet jedno drzewo wystarczy, żeby się na nie wspiąć w ucieczce.
— Oczywiście, że mam mapę — odpowiedział raźnie i wyciągnął mały notesik z saszetki. Po otwarciu na konkretnej stronie, rozwinął jej zawartość, którą była wygodnych rozmiarów mapa otoczenia. Drugą ręką sięgnął po różdżkę. Otworzył dłoń z magicznym patyczkiem leżącym na niej i wypowiedział zaklęcie wskazujące północ. — Wydaje mi się, że...
Dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, że Cecylka oddała się naturze i go ucisza. Uśmiechnął się, gdy wspomniała o mchu.
— Proszę nie martwić się północą, właśnie rozwiązałem tą zagadkę — rzekł wskazując w odpowiednim kierunku, po czym odwrócił się z mapą tak, by się wszystko zgadzało.
— Hm. Tak, może być, że jesteśmy w pobliżu strumienia. Tworzy on niewielkie jeziorko o tutaj, więc zdecydowanie jest to miejsce, w którym warto się rozejrzeć.
Rzucił zaklęcie na mapę tak, żeby lewitowała za nimi cały czas będąc odwrócona w stronę północy. Ruszył za panną Lupin w stronę szmeru wody.