22.06.2025, 14:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.06.2025, 14:48 przez Brenna Longbottom.)
Brenna nie chciała być niemiła, zwłaszcza dla Romulusa, dlatego nie odpowiedziała mu, że nie przepadanie to za mało powiedziane: zasadniczo wolałaby prawdopodobnie poklęczeć parę godzin na grochu albo iść pływać w Amazonce pełnej krokodyli (albo aligatorów, tak naprawdę nie miała pojęcia, co grasuje w Amazonce) niż poddać się terapii u hipnotyzera. I nawet lęk przed ogniem oraz spadek możliwości bojowych by jej do tego nie zmusiły, gdyby nie fakt, że za swój kluczowy atut zawsze uważała widmowidzenie. Bez niego czuła się bezużyteczna – i w pracy, i dla Zakonu, i przede wszystkim dla osób, potrzebujących pomocy, bo mogła nie mieć już wiele wiary w Ministerstwo i zaczynała się dystansować od instytucji Zakonu, ale nie miała zamiaru ot tak siedzieć z założonymi rękami.
– Sama tu przyszłam i takie tam – powiedziała więc tylko, opadając na krzesło. Zaufanie? Nie była pewna, czy ufała już komukolwiek: najbardziej od dawna ufała Patrickowi i Vincentowi, i obie te osoby znikły z jej życia.
Ale Romulusowi nie ufała trochę mniej niż innym, a po prostu wyczerpała inne możliwości.
– Panika na widok ognia – stwierdziła, wzruszając lekko ramionami. – Wiem, że po Spalonej Nocy więcej osób ma takie problemy, ale u mnie to nie słabnie i wydaje się… dziwne. Uzdrowiciele podejrzewali klątwę, ale nie mogą jej zdjąć. Ja mam wrażenie, że ten cały popiół coś zrobił z moją głową, ale moja głowa mogła też zrobić to sama z siebie – wyliczyła. Była może i płotką, ale nigdy nie ukrywała, co myśli o Voldemorcie, więc nie zaskakiwało jakoś, jeżeli stała się celem w jakiś sposób wybranym. Może ktoś po tamtej stronie bardzo jej nie lubił, bo wspomniała mu, że Voldemort to karaluch, a może miała pecha i znalazła się w złym miejscu, o złym czasie, i ktoś skorzystał z okazji. – Nawet świeczki są problemem. Widziałam tamtej nocy jakieś cuda w ogniu, wbiegłam do płonącego budynku, może jeśli... o tych momentach zapomnę, będzie łatwiej.
Nie miała zamiaru zagłębiać się w szczegóły, jeżeli absolutnie nie będzie musiała. Opowiadać o koszmarach z ogniem, niemożności zbliżenia się do kominka i wymiotowaniu ze stresu po próbach zobaczenia przeszłości w kręgu widmowidza. O takich rzeczach umiała rozmawiać z bardzo niewieloma osobami, i żadnej z nich nie było nawet teraz pod ręką.
– Gdyby był, pewnie właśnie mówiłabym, że hej, zmieniłam zdanie, miło było cię widzieć, masz tutaj ciasteczka, ja znikam… nawiasem mówiąc, nie mam ciasteczek, ale mam czekoladową żabę – odparła, uśmiechając się do niego lekko. Gdyby w pomieszczeniu płonął ogień, prawdopodobnie faktycznie wycofałaby się zaraz na progu, na szczęście wrzesień nie był aż tak chłodny, aby ludzie co do zasady palili w kominkach. – Jebać Voldemorta – powiedziała bez zająknięcia. – Wiem, co masz na myśli, ale to akurat mnie nie trafiło. Dalej mogę go spokojnie wyklinać.
Nie była pewna, czy panika na myśl o wypowiedzeniu jego imienia była gorsza czy lepsza od strachu przed ogniem, ale na pewno cieszyła się, że nie musi frustrować się w tej kwestii.
– Sama tu przyszłam i takie tam – powiedziała więc tylko, opadając na krzesło. Zaufanie? Nie była pewna, czy ufała już komukolwiek: najbardziej od dawna ufała Patrickowi i Vincentowi, i obie te osoby znikły z jej życia.
Ale Romulusowi nie ufała trochę mniej niż innym, a po prostu wyczerpała inne możliwości.
– Panika na widok ognia – stwierdziła, wzruszając lekko ramionami. – Wiem, że po Spalonej Nocy więcej osób ma takie problemy, ale u mnie to nie słabnie i wydaje się… dziwne. Uzdrowiciele podejrzewali klątwę, ale nie mogą jej zdjąć. Ja mam wrażenie, że ten cały popiół coś zrobił z moją głową, ale moja głowa mogła też zrobić to sama z siebie – wyliczyła. Była może i płotką, ale nigdy nie ukrywała, co myśli o Voldemorcie, więc nie zaskakiwało jakoś, jeżeli stała się celem w jakiś sposób wybranym. Może ktoś po tamtej stronie bardzo jej nie lubił, bo wspomniała mu, że Voldemort to karaluch, a może miała pecha i znalazła się w złym miejscu, o złym czasie, i ktoś skorzystał z okazji. – Nawet świeczki są problemem. Widziałam tamtej nocy jakieś cuda w ogniu, wbiegłam do płonącego budynku, może jeśli... o tych momentach zapomnę, będzie łatwiej.
Nie miała zamiaru zagłębiać się w szczegóły, jeżeli absolutnie nie będzie musiała. Opowiadać o koszmarach z ogniem, niemożności zbliżenia się do kominka i wymiotowaniu ze stresu po próbach zobaczenia przeszłości w kręgu widmowidza. O takich rzeczach umiała rozmawiać z bardzo niewieloma osobami, i żadnej z nich nie było nawet teraz pod ręką.
– Gdyby był, pewnie właśnie mówiłabym, że hej, zmieniłam zdanie, miło było cię widzieć, masz tutaj ciasteczka, ja znikam… nawiasem mówiąc, nie mam ciasteczek, ale mam czekoladową żabę – odparła, uśmiechając się do niego lekko. Gdyby w pomieszczeniu płonął ogień, prawdopodobnie faktycznie wycofałaby się zaraz na progu, na szczęście wrzesień nie był aż tak chłodny, aby ludzie co do zasady palili w kominkach. – Jebać Voldemorta – powiedziała bez zająknięcia. – Wiem, co masz na myśli, ale to akurat mnie nie trafiło. Dalej mogę go spokojnie wyklinać.
Nie była pewna, czy panika na myśl o wypowiedzeniu jego imienia była gorsza czy lepsza od strachu przed ogniem, ale na pewno cieszyła się, że nie musi frustrować się w tej kwestii.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.