Cassian nie drgnął, gdy drzwi trzasnęły za nimi, choć serce zabiło mu odrobinę mocniej. Patrzył na Martę tak, jak patrzy się na zagubione dziecko – bez strachu, bez uprzedzeń. Raczej ze współczuciem, które wypływało z samego środka niego, z tej części duszy, która jeszcze nie została obudowana przez doświadczenia ani rozczarowania. Duch dziewczyny zdawał się lżejszy od powietrza, a jednocześnie to jej obecność niosła ciężar, który wypełniał łazienkę po brzegi. Jej spojrzenie, tak ostre wobec Martina, Cassian przyjął ze spokojem. Było mu jej żal. Nie przez to, jak wyglądała – choć cień postaci, wilgotny ślad na posadzce, rozczochrane włosy i zapłakane oczy mogły poruszyć każdego. Żal było mu jej przez to, jak brzmiała. Jak echo, które nie mogło znaleźć drogi powrotnej do źródła.
Zrobił powolny krok w jej stronę, nie chcąc jej spłoszyć, choć przecież nie mogła odejść. Nie od niego. Nie od tego miejsca. Nie od siebie samej.
– Nie uciekliśmy... – powiedział cicho, a jego głos, choć spokojny, miał w sobie ciepło. – Nie wszyscy. Jesteśmy tu, bo ktoś się martwił. Bo chcemy pomóc, jeśli możemy. Czy chcesz porozmawiać?
Jego słowa nie były wyuczonymi formułkami. Były proste, szczere. Były tym, co mówi się komuś, kto cierpi, choć nie wiadomo jeszcze dlaczego.
Marta uniosła na niego oczy. W jej spojrzeniu była mieszanka zaskoczenia i podejrzliwości, jakby nie spodziewała się, że ktoś odpowie na jej dramat inaczej niż ucieczką. – Pomóc? Mnie? – jej głos zadrżał, przeciągając się w jęk, który poniósł się po kafelkach niczym przeciągnięta nuta skrzypiec. – Nikt nie chce pomagać duchowi... Nikt nie chce słuchać. Tylko uciekają. Albo patrzą tak, jak patrzysz ty... – wskazała na Martina, a w jej głosie zabrzmiał żal, który przeszedł w lekki wyrzut. – Jak na coś niechcianego. Jak na kłopot.
Cassian wyciągnął lekko dłoń, jakby chciał skrócić dystans, choć dobrze wiedział, że jej nie dotknie.
– To nieprawda. Nie myśl tak o sobie. Nie jesteś kłopotem. Każdy ma prawo być wysłuchanym. Nawet jeśli... nawet jeśli już nie czuje ziemi pod stopami. Wiedział, jak mogą zabrzmieć jego słowa, ale były szczere. Czuł, że jeśli Marta miała prawo do czegokolwiek, to właśnie do tego, by ktoś przestał traktować ją jak element wystroju nawiedzonej łazienki.
Duch dziewczyny zawahał się, jakby to jedno zdanie przebiło się przez mur jej rozpaczy. Na moment jej łkanie ustało, zastąpione ciszą tak gęstą, że słychać było kapanie wody gdzieś w głębi instalacji. Marta uniosła dłoń do twarzy, ocierając ją odruchowo, jakby ten gest wciąż miał dla niej znaczenie, choć przecież łzy nie zostawiały śladów na jej przezroczystej skórze.
– Nie pamiętam... nie pamiętam już, dlaczego płaczę. Czasem... czasem wydaje mi się, że to oczy... że te oczy patrzyły na mnie... a potem już nic... Tylko strach. I zimno. I wstyd.
Cassian poczuł, jak zaciska się coś w jego gardle. Przez moment miał przed oczami obraz, którego przecież nigdy nie widział – dziewczynę, uciekającą przed spojrzeniem, którego nie chciała napotkać. Dziewczynę zamkniętą w kabinie, w której znalazła coś gorszego niż samotność.
– Nikt nie powinien zostawać sam z takim wspomnieniem. – powiedział cicho. Nie wiedział, czy mówi to do niej, czy do siebie. – Zdradzisz nam swoje imię? Proszę. I powiedz nam... co cię najbardziej?
Duch zadrżał, a potem odwrócił się ku jednej z kabin, tej samej, z której przed chwilą dobiegał płacz. – Tam... tam zaczęło się wszystko... I tam zostałam... Jej głos przycichł, znów przechodząc w szloch, jakby każde słowo było dla niej wysiłkiem ponad siły. Jej sylwetka zaczęła blednąć, jakby rozpływała się we mgle, ale jeszcze była. Jeszcze czekała. Może na kolejne pytanie. Może na to, by ktoś wreszcie zrozumiał, co chce powiedzieć.