Niby Prue stała tuż obok Eliasa, jednak zupełnie nie na nim się w tej chwili skupiała. Obserwowała uważnie to całe zamieszanie, bo było ono spowodowane przez nią, to znaczy nie do końca przez nią, ale tak, czy siak została uznana za prowodyrkę. Ambroise przyznał się do tego, że to on uniósł mężczyzn w powietrze, ale to chyba nie było szczególnie istotne, to Prudence stała się obiektem histerii Romulusa. Jasne, nie lubili się, bardzo łatwo więc było właśnie na niej się wyżywać, tyle, że aktualnie nie zrobiła niczego, co mogło spowodować jego frustrację. Była obca, poniekąd, dla niego na pewno, więc dużo prościej było wyładować gniew właśnie na niej. Nie należała do rodziny, czy coś.
Usłyszała po raz kolejny te sugestie, że wczoraj próbowała go zabić. Nadal niczego nie rozumiał, zapętlał się w tych swoich racjach, które nie miały najmniejszego sensu i nie był w stanie dostrzec prawdy. Gdyby faktycznie chciała go zabić, to nie stałby tutaj teraz przed nimi wszystkimi. Powinien zdawać sobie sprawę z tego, że Bletchley wiedziała, gdzie powinna uderzyć, aby odebrać życie, może nie była doświadczonym wojownikiem, ale jako medyk umiała to zrobić całkiem zgrabnie i szybko. Gdyby naprawdę jej na tym zależało, to by został w tym lesie na wieczność. Próbowała po prostu jakoś sprowadzić ich do rzeczywistości, działała impulsywnie, zresztą to przyniosło oczekiwane skutki, suma summarum nic mu się nie stało, a ten zachowywał się tak, jakby zrobiła mu jakąś ogromną krzywdę. To, co ich spotkało nie należało do szczególnie przyjemnych przeżyć, ale przetrwali tą cholerną noc w lesie, to było najważniejsze.
Nie zwracała uwagi na to, co mówił jej bliźniak, próbował chyba jakoś złagodzić atmosferę, ale jednak wychodziło mu to średnio, nie miał wystarczającej siły przebicia, nie, żeby to było szczególnie zaskakujące. Był to moment eskalacji wszystkich gorzkich żali.
Potter nie odpuszczał. Prue nie odrywała od nich wzorku, nie chciała być powodem tego zamieszania. Nie spodziewała się jednak tego, że Romulus będzie, aż taki uparty. Nie zależało jej nawet szczególnie na jego przeprosinach, raczej miała świadomość, że podobne słowa nie przejdą mu przez gardło. Był zadufany w sobie, nie umiał dostrzec tego, że zachował się nieodpowiednio, mimo tego, że jego przyjaciele próbowali przemówić mu do rozsądku. Wstawili się za nią. Była tutaj mile widziana, zapewne nawet nie mieli pojęcia, jak wiele dla niej znaczyło to, co przed chwilą usłyszała. To było nowe, aczkolwiek całkiem miłe.
Otworzyła szeroko oczy, gdy zobaczyła, co postanowił zrobić Romulus. Zupełnie zignorował słowa Corneliusa, byli przyjaciółmi, to pewnie nie była ich pierwsza sprzeczka, aczkolwiek nie sądziła, aby każda z nich kończyła się informacją o ewentualnym wypierdalaniu. Nie powinna tego oceniać, ale to, co stało się później uznała za chamstwo. To był jeden z powodów dla których nie lubiła Romulusa, miała wrażenie, że od lat traktował ją trochę jako obiekt swoich badań z racji na jej przypadłość, dlatego wolała się trzymać od niego z daleka, teraz jednak postanowił wykorzystać te swoje umiejętności po to, by jakoś poradzić sobie z gniewem Benjy'ego. To było bardzo nieczyste zagranie. Psychiatrzy na pewno mieli jakiś swój kodeks postępowania, który nie zakładał tego, że rzucali tymi swoimi urokami na prawo i lewo dla przyjemności, po to by doprowadzić najbliższych do porządku, by zachowywali się tak, jak tego oczekują. Nie sądziła by stosowali podobne praktyki, gdzie w tym jakakolwiek przyzwoitość?
Cornelius jak zawsze był czujny. Zareagował niemalże od razu. Rozdzielił mężczyzn, dość brutalnie, przez co Prue na moment zamknęła oczy, jednak dość szybko ruszyła się ze swojego miejsca. Zostawiła za sobą brata przy tym nieszczęsnym hamaku, nie mogła tak patrzeć na to wszystko. Benjy się za nią wstawił, ostatnią zresztą wiele razy ratował ją z naprawdę różnych, chujowych sytuacji, nie mogła tego zignorować. Jasne, oficjalnie nic ich nie łączyło, nie mieli się ze sobą pokazywać, ale miała to w tej chwili w głębokim poważaniu. Musiała się upewnić, że nic mu się nie stało, bo z boku wyglądało to dość boleśnie.
Szła przed siebie całkiem żwawym, szybki krokiem, by dotrzeć do Benjy'ego jak najszybciej. Chciała sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, czy nic mu się nie stało, czy Romulus go nie skrzywdził tym swoim wahadełkiem, chyba nie zdążył tego zrobić, ale jednak, wolała mieć pewność. Nie odwróciła się, nie spojrzała przez ramię, nie obchodziło ją otoczenie, więc nie miała zielonego pojęcia, że Elias zmienił się w nią - może to i lepiej.
W końcu znalazła się tuż obok, - Hejjj, - nie do końca wiedziała, po jakie słowa sięgnąć, ale nie zamierzała stać niczym słup soli - wszystko w porządku? - powiedziała cicho, tak, że pewnie nikt poza nimi nie usłyszał jej głosu. Wystraszyła się nieco, naprawdę nie chciała doprowadzić do podobnej sytuacji, nie chciała, żeby komukolwiek stała się krzywda przez jej obecność, a na pewno nie jemu. Nie po tym wszystkim. Nachyliła się w stronę mężczyzny, chciała sprawdzić, czy może mu jakoś pomóc, jasne na pewno sam by sobie poradził, ale miała to w nosie, ostatnio wiele razy wyciągał do niej pomocną dłoń, więc teraz zamierzała zrobić to samo dla niego. - Coś Cię boli? - Dodała jeszcze.
Wsadziła lewą rękę do kieszeni spodni, w których miała lizaka, porzeczkowego, zacisnęła na nim palce, nie czuła, żeby to był odpowiedni moment, aby go teraz wyciągnąć, ale kupiła go dzisiaj rano w sklepie podczas wizyty w miasteczku, nie było to takie proste, bo nie był to szczególnie popularny smak tych słodkości, ale obiecała mu podczas pożarów, że to będzie jej podziękowanie za to, że uratował jej życie. Niby nic wielkiego, ale chciała dotrzymać słowa. Obracała tego lizaka w swojej dłoni, żeby czymś się zająć, ciągle jednak wpatrywała się w Benjy'ego, nie odrywała na moment nawet wzroku od twarzy mężczyzny.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control