23.06.2025, 10:30 ✶
Mackenzie nie trzymała w ręku różdżki. Zamiast niej tuliła do siebie doniczkę i miotłę, mogłaby więc w tej chwili co najwyżej zacząć nią okładać Thomasa po głowie: chociaż to też było przedsięwzięcie z góry skazane na nie powiedzenie, bo w tej chwili klęczała, a nawet gdyby wstała, pozostawałaby ponad dwadzieścia centymetrów od niego niższa.
Skołowana i podduszona dymem nie protestowała, kiedy ją złapał i postawił na nogi. Doniczka wymsknęła się jej z rąk i upadła na chodnik, na szczęście nie rozbijając się, ale serce Mackenzie zadrżało, gdy zobaczyła, że rozsypuje się ziemia, a jeden z liści się złamał.
Oczywiście, martwienie się o roślinkę doniczkową, kiedy Londyn płonął, nie było najrozsądniejszą rzeczą na świecie, ale umysł Mackenzie czasem chadzał niezbadanymi ścieżkami.
– Zepsułeś mi kwiatka – powiedziała, z zadziwiającym spokojem, jakby wokół nich nie zaczynało się pandemonium. Gdy upewniła się, że ustoi na nogach, wyzwoliła się ostrożnie z uściski i przyklękła, by zebrać roślinę. Gdzieś w jej głowie w tej chwili zabranie stąd miotły i tych kwiatków, jednego upuszczonego, drugiego w doniczce, stało się najważniejszą sprawą na świecie. – Co się dzieje? Dlaczego jest tyle dymu?
Atak śmierciożerców na Londyn wcale nie był czymś, co przyszło jej do głowy od razu. Sądziła, że to jakiś pożar, może pojedyncza napaść: nigdy, nawet po Beltane, nie pomyślała, że ktoś mógłby zrobić coś takiego. Zresztą Mackenzie w ogóle rzadko rozmyślała o sprawach politycznych czy atakach śmierciożerców.
Zakasłała. Czarny dym został za nią, ale wciąż ciężko było wziąć jej oddech, płuca ją paliły, i znów poczuła ukłucie paniki: bo co jeśli działo się z nią coś niedobrego? Kondycja fizyczna była absolutnie kluczowa dla zawodnika quidditcha. Pierwszą myśl była klinika Munga, ale gdy spojrzała na niebo, zasnute dymem, uświadomiła sobie, że to zły pomysł – Mung był teraz zatłoczony.
Wydostać się stąd. Najpierw trzeba było się stąd wydostać.
– Ja… chyba powinnam stąd iść – wykrztusiła w końcu i znów zaniosła się kaszlem. Iść? Odlecieć? Czy da radę latać w tym dymie?
Skołowana i podduszona dymem nie protestowała, kiedy ją złapał i postawił na nogi. Doniczka wymsknęła się jej z rąk i upadła na chodnik, na szczęście nie rozbijając się, ale serce Mackenzie zadrżało, gdy zobaczyła, że rozsypuje się ziemia, a jeden z liści się złamał.
Oczywiście, martwienie się o roślinkę doniczkową, kiedy Londyn płonął, nie było najrozsądniejszą rzeczą na świecie, ale umysł Mackenzie czasem chadzał niezbadanymi ścieżkami.
– Zepsułeś mi kwiatka – powiedziała, z zadziwiającym spokojem, jakby wokół nich nie zaczynało się pandemonium. Gdy upewniła się, że ustoi na nogach, wyzwoliła się ostrożnie z uściski i przyklękła, by zebrać roślinę. Gdzieś w jej głowie w tej chwili zabranie stąd miotły i tych kwiatków, jednego upuszczonego, drugiego w doniczce, stało się najważniejszą sprawą na świecie. – Co się dzieje? Dlaczego jest tyle dymu?
Atak śmierciożerców na Londyn wcale nie był czymś, co przyszło jej do głowy od razu. Sądziła, że to jakiś pożar, może pojedyncza napaść: nigdy, nawet po Beltane, nie pomyślała, że ktoś mógłby zrobić coś takiego. Zresztą Mackenzie w ogóle rzadko rozmyślała o sprawach politycznych czy atakach śmierciożerców.
Zakasłała. Czarny dym został za nią, ale wciąż ciężko było wziąć jej oddech, płuca ją paliły, i znów poczuła ukłucie paniki: bo co jeśli działo się z nią coś niedobrego? Kondycja fizyczna była absolutnie kluczowa dla zawodnika quidditcha. Pierwszą myśl była klinika Munga, ale gdy spojrzała na niebo, zasnute dymem, uświadomiła sobie, że to zły pomysł – Mung był teraz zatłoczony.
Wydostać się stąd. Najpierw trzeba było się stąd wydostać.
– Ja… chyba powinnam stąd iść – wykrztusiła w końcu i znów zaniosła się kaszlem. Iść? Odlecieć? Czy da radę latać w tym dymie?