23.06.2025, 14:22 ✶
Cassian patrzył na Martę uważnie, bez śladu znudzenia czy irytacji. Był za to ten smutny rodzaj cierpliwości, który rodzi się, gdy patrzy się na kogoś naprawdę zagubionego. Nie na pokaz, nie dla atencji – ale na kogoś, kto utknął we własnym cierpieniu tak głęboko, że nie umie już odnaleźć granicy między sobą a swoją rozpaczą. Marta była właśnie kimś takim. Zrobił powolny krok bliżej, choć wcale nie zamierzał jej dotykać ani naruszać jej przestrzeni. Raczej chciał być obecny. Czuł w powietrzu ciężar tej sceny – nie dlatego, że chciał ją odegrać, lecz dlatego, że nie mógł od niej uciec. Nie teraz.
Słowa były proste, niemal banalne, ale innego języka tu nie było. Nie było zaklęć na uleczenie takich ran.
Marta uniosła głowę i w jej oczach błysnęła nowa fala łez – prawie gniewnych, prawie rozjuszonych. – Ulżyć?! Ulżyć?! – zawyła i rozległo się to echem o wiele potężniejszym, niż mogła pomieścić taka mała postać. – Nic już nie można zrobić! Bo kto by chciał pomóc biednej, płaczącej Marcie?! Ty? A może ten twój smutny koleżka?! – wykrzyknęła, wskazując drżącą dłonią w stronę Martina, głos jej łamał się na granicy żalu i furii. – Wszyscy tylko patrzą... patrzą i patrzą... a potem się śmieją! Śmiali się zawsze!
Jej sylwetka drgnęła, zaczęła chaotycznie krążyć w powietrzu, jakby rozdarta między chęcią ucieczki a potrzebą bycia wysłuchaną. Płacz przechodził w krzyk, krzyk w jęk, jęk znów w szloch. Oparła się znów o kabinę, wtuliła w nią niematerialne dłonie, jakby mogła znaleźć w niej oparcie.
– To wszystko przez niego... gdyby nie on... gdyby nie te wstrętne dziewczyny... to przez nie tu umarłam! Przez nie! – jej głos zadrżał, echo odbijało się od ścian, aż kafelki zdawały się drgać od tego lamentu. – A teraz?! Teraz muszę tak trwać i trwać... bo nikomu na mnie nie zależało! Nigdy! Nigdy!
Cassian poczuł, jak ta kakofonia emocji zaczyna na niego działać – nie przytłaczała go strachem, ale ciężarem samotności, którego Marta nie potrafiła już udźwignąć sama.
– To nieprawda, – odezwał się z wysiłkiem, próbując przebić się przez jej rozedrganą tyradę. – Nie jesteś sama. Jesteśmy tutaj. Jesteśmy po to, by cię wysłuchać. Mówił, choć nie wiedział, czy cokolwiek zdoła do niej dotrzeć. Wiedział natomiast, że nie wolno mu milczeć, nie w tej chwili. Marta wirowała coraz szybciej, jej głos rwał się jak rozdarta zasłona. I może właśnie tego potrzebowała – nie tylko widowni, ale kogoś, kto nie ucieknie od jej cierpienia.