23.06.2025, 14:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.06.2025, 14:43 przez Charlotte Kelly.)
– Lepiej, żebyś był, bo inaczej będę musiała go ożywić, żeby zamordować go ponownie – rzuciła Charlotte pozornie beztrosko. Chociaż tak naprawdę martwiła się o całą tę szaloną trójkę: na tyle, na ile potrafiło się martwić jej serce. Oczywiście, że nie chciała, aby Jonathan zginął, nieważne, jak dużo pieniędzy mógłby dostać dzięki temu jej syn. I gdyby dzieciaki nie były tutaj, pewnie pobiegłaby ich szukać dalej. – O zakrwawianiu dywanu i o tym, dlaczego nic o tym nie wiedziałam, i dlaczego byli tam jacyś ładni Mulciberowie, porozmawiamy później – zdecydowała, ujmując synów za ręce, aby nie zgubić ich w tłumie i kierując się powoli w stronę schodów. – Co do Brighton, optymistycznie zakładamy, że ono nie spłonęło. Zobaczymy, jak wygląda sytuacja, kiedy trochę się to uspokoi, sprawdzę, co ocalało w mieszkaniu. Moje książki nie powinny spłonąć… Niestety, Dolina Godryka i Little Hagleton też płoną.
W tej chwili Charlotte miała bardzo niewiele informacji: wiedziała, że płonęły mniejsze miejscowości, ponieważ usiłowała namierzyć w nich Morpheusa. Londyn zdawał się tego dnia pandemonium. Czy Brighton też płonęło? Jak wyglądała sytuacja w Hogsmeade?
Być może kolejnego ranka przyjdzie im szukać pierwszego statku do Ameryki, na który zdobędą bilety.
Ta myśl sprawiła, że Charlotte spochmurniała. Tak naprawdę nie lubiła nigdy Stanów: w samej naturze Charlotte leżało patrzenie na niektórych z wyższością, a sposób bycia Amerykanów i ich system polityczny sprawiał, że po prostu nawet po przemieszkaniu tam ładnych kilku lat większość uważała za idiotów. Przepadała za Anglią, lubiła swoją pracę w Departamencie Tajemnic, tutaj byli Jonathan, Morpheus i Anthony, dzieciaki zaczynały karierę i niezbyt uśmiechała się jej nagła przeprowadzka. Ale kto wie, czy po tej nocy w ogóle będą mieli gdzie się podziać?
Pociągnęła chłopców ku stopniom, a potem w stronę biura, gdzie mogli po drodze pokazać przepustki, załatwione wcześniej przez Anthony’ego.
– Oczywiście, że to jego sprawka, kto inny mógłby podpalić Londyn? Gobliny? Chociaż właściwie... Gringott nie płonie. Wiedziałam, że te małe, paskudne stwory nie są godne zaufania. Na pewno dogadali się z V… z nim – dodała jeszcze Charlotte, która pobiegła sprawdzić bank, kiedy Jonathan szukał Jaspera. I zrobiła tam nawet małą awanturę, więc prawdopodobnie nie mogła się tam pokazywać przez jakiś czas. – Trzeba pomyśleć, gdzie trzymać część oszczędności, bo kto wie, kiedy postanowią sobie je przywłaszczyć i przeznaczyć na kampanię polityczną albo fundację charytatywną jakiegoś Roberta Mulcibera? Chociaż nie, jemu nie zrobią kampanii, on nie żyje. W każdym razie, nie ufam tym małym draniom, że zadbają o nasze pieniądze.
Zawada mizantrop, narzeka na gobliny i niepłonącego Gringotta.
W tej chwili Charlotte miała bardzo niewiele informacji: wiedziała, że płonęły mniejsze miejscowości, ponieważ usiłowała namierzyć w nich Morpheusa. Londyn zdawał się tego dnia pandemonium. Czy Brighton też płonęło? Jak wyglądała sytuacja w Hogsmeade?
Być może kolejnego ranka przyjdzie im szukać pierwszego statku do Ameryki, na który zdobędą bilety.
Ta myśl sprawiła, że Charlotte spochmurniała. Tak naprawdę nie lubiła nigdy Stanów: w samej naturze Charlotte leżało patrzenie na niektórych z wyższością, a sposób bycia Amerykanów i ich system polityczny sprawiał, że po prostu nawet po przemieszkaniu tam ładnych kilku lat większość uważała za idiotów. Przepadała za Anglią, lubiła swoją pracę w Departamencie Tajemnic, tutaj byli Jonathan, Morpheus i Anthony, dzieciaki zaczynały karierę i niezbyt uśmiechała się jej nagła przeprowadzka. Ale kto wie, czy po tej nocy w ogóle będą mieli gdzie się podziać?
Pociągnęła chłopców ku stopniom, a potem w stronę biura, gdzie mogli po drodze pokazać przepustki, załatwione wcześniej przez Anthony’ego.
– Oczywiście, że to jego sprawka, kto inny mógłby podpalić Londyn? Gobliny? Chociaż właściwie... Gringott nie płonie. Wiedziałam, że te małe, paskudne stwory nie są godne zaufania. Na pewno dogadali się z V… z nim – dodała jeszcze Charlotte, która pobiegła sprawdzić bank, kiedy Jonathan szukał Jaspera. I zrobiła tam nawet małą awanturę, więc prawdopodobnie nie mogła się tam pokazywać przez jakiś czas. – Trzeba pomyśleć, gdzie trzymać część oszczędności, bo kto wie, kiedy postanowią sobie je przywłaszczyć i przeznaczyć na kampanię polityczną albo fundację charytatywną jakiegoś Roberta Mulcibera? Chociaż nie, jemu nie zrobią kampanii, on nie żyje. W każdym razie, nie ufam tym małym draniom, że zadbają o nasze pieniądze.
Zawada mizantrop, narzeka na gobliny i niepłonącego Gringotta.