Rozpacz Marty była na tyle intensywna, że Martin zaczął dostrzegać jej prawdę. W niewyjaśniony sposób kwitło w nim zrozumienie dla dziewczyny. Ktokolwiek ją skrzywdził... nieważne w jaki sposób... To wszystko, co jej zostało. Jej historia się skończyła, ale emocje wciąż trwały. Ból zdawał się rozrywać tak, jak zawsze. I chociaż sam nigdy nie doświadczył takiej intensywności emocjonalnej – potrafił stwierdzić, że sytuacja Marty była... delikatnie mówiąc, nieprzyjemna. Musiała istnieć ze swoim bólem. Bez drogi ucieczki.
– Duchy nie mogą... zniknąć? – Spytał, tym samym wyjawiając swój brak elementarnej wiedzy. Ale po co komu testy końcowe, jak się jest z bogatej rodziny.
– Zniknąć!? – Marta uniosła się gniewem, odbierając jego słowa w najgorszy możliwy sposób. – Zniknąć! Tak! Już znikam! Niech jaśnie panicz wybaczy, że zakłóciłam mu wieczór swoim istnieniem!
Martin aż przysłonił ucho dłonią, gdy świdrujący krzyk Marty zaatakował mu bębenki ze stosunkowo bliskiej odległości.
– Gdybyś mogła zniknąć... nie musiałabyś dalej z tym wszystkim... być.
Wzruszył ramionami, zażenowany wzięciem udziału w akcji pomocowej.
Marta zawyła.
– Aż tak się narzucam!? To damska łazienka, nie musisz tu przychodzić!
Pokręcił głową i westchnął.
– Nie o to mi chodzi. Nie mówię tego z perspektywy obserwatora, tylko twojej. Bo nie wyobrażam sobie, jak zjebane musi być istnienie tylko po to, by pamiętać, jak się umarło i nie móc nawet tego przerwać, bo już się nie żyje.