24.06.2025, 00:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.06.2025, 01:03 przez Alexander Mulciber.)
Nie rozumiał skreślonego ręką Lorien listu, który przyszedł do niego dziś rano, znał ją jednak na tyle, aby rozumieć, że jest zła. A z jakiegoś powodu była zła właśnie na niego.
Alexander i Lorien złościli się na siebie rzadko. To znaczy, złościli się na siebie nieustannie, ale niemal nigdy na tyle poważnie, żeby nie potrafili się ze sobą porozumieć. Bo Lorien zawsze wiedziała, jak postępować ze złym Alexem, a Alex zawsze wiedział, jak postępować ze złą Lorien. Za złą Lorien aż nazbyt często kryła się bowiem smutna Lorien. A za złym Alexem... Ale nie, on nie był zły. Nie potrafił wykrzesać z siebie złości, zdjęty zimną obojętnością na wszystko, co działo się wokół. Jego reakcje były opóźnione, a język oschły. A jednak wiedział, co powinien zrobić. Wiedział, co sprawi jej przyjemność, co będzie właściwe, i chętnie się temu poddawał, jak gdyby chciał się z nią podzielić tym samym spokojem, który cały czas czuł. Przecież naprawdę chciał dobrze, nawet kazał lokajowi kupić to przeklęte ciasto, na które tak miała ochotę...! A potem dostał kolejną przesyłkę.
Nie zareagował na widok poduszki z wizerunkiem nieświętej pamięci Roberta. Nie wzruszył nawet pogardliwie ramionami nad listem od Philomeny.
Zacisnął tylko zęby i wylał kawę dla Lorien prosto do zlewu, a potem odłożył jej własność na łóżko do jej pokoju, przekonany, że to wszystko było tylko głupim żartem, który wymyśliła sobie wespół z babką.
– Czego chcesz? – warknął w tym samym czasie, w którym Lorien dokonała nieproszonego wtargnięcia do jego pokoju, nie racząc nawet odwrócić głowy w jej stronę. W końcu był na nią obrażony, i zamierzał dać jej odczuć, jak bardzo.
Nie potrzebował babki dyszącej mu w kark na każdym kroku, jej pająkowatych palców zaplatających się wokół jego uprzejmie zaoferowanego ramienia. Zaciskających się na nim tak, jak zaciskała się pajęcza sieć jej przesyconych drwiną słów, za każdym razem, kiedy spotykali się, żeby porozmawiać. Jak gdyby wciąż był chłopcem, który dostał po łapach, bo ośmielił się szarpnąć nićmi jej pajęczyny. Nienawidziła go, och, jakże go nienawidziła – nigdy przecież Philomena Mulciber nie przepuściła okazji, aby przypomnieć mu o swojej nienawiści. Nawet teraz, gdy pozostawała na niego skazaną, gdy potrzebowała go tak samo, jak on potrzebował jej. Widział przecież, jak na niego patrzyła. Przypominało mu to sposób, w jaki patrzył na niego Donald. Z pogardą, ale i ze swego rodzaju rozbawieniem, jak gdyby był entomologiem, a Alexander – okazem orientalnego owada zamkniętym w ciasnej gablotce, rozpaczliwie przebierającym odnóżami, gdy przebijano go szpilką.
A Lorien, zamiast go wesprzeć, wolała jak zwykle podziwiać swoje odbicie widoczne w szkle gablotki.
I być może to zabolało Alexandra w tym wszystkim najbardziej.
Zgarnął list od babki, który służył mu dzisiaj za zakładkę do lektury. Pieprzona wywłoka, pomyślał, zatrzaskując ze złością stary przewodnik po ziołolecznictwie, który towarzyszył mu nieprzerwanie od czasu wizyty w Kniei. W przeciwieństwie do Lorien, wcale nie podniósł głosu, zamknął jednak czytaną książkę w ostentacyjnie głośny sposób. Siedział, rozwalony jak zawsze, na podłodze, pośród porozrzucanych wszędzie wokół książek, pokrywających niemal każdy wolny skrawek powierzchni pokoju. Jego pokoju. Gdy weszła do środka, wciąż opierał się ramieniem o stos poduszek, pozbawiony zwyczajowej zbroi garnituru, bo w spodnie wciśnięty był podkoszulek, który nosił pod elegancką koszulą, był też boso, bo zawsze zapominał, gdzie posiał zdeptane kapcie. Otaczały go książki, pootwierane, zdawałoby się, na chybił trafił. Była jednak metoda w tym szaleństwie – w tym, że zawsze czytał kilka rzeczy naraz, skrupulatnie konstruując w głowie swój pogląd na sprawę – w tym, że próbował pogodzić ze sobą sprzeczne opinie, zapamiętać jak najwięcej niuansów wymagających wyjaśnienia. Zadać pytania, których nikt nie zadał, choćby nie miał usłyszeć ich nikt, poza papierosem dogasającym w zabytkowej popielniczce.
Pytań, które pojawiły się w jego głowie, gdy pacnęła w nią ciśnięta przez Lorien poduszka, było wiele, bardzo wiele. "Co?", "kto?", i wreszcie, jego ulubione: "dlaczego?" Przytrzymując potylicę, w którą uderzyła poduszka, bardzo powoli odwrócił się w stronę Lorien, aby wreszcie na nią spojrzeć. Przez krótką, króciutką chwilę, po prostu patrzył.
A potem sięgnął po poduszkę.
– Żebym ja pierwszy nie oskubał cię z piórek – rzucił nagle, zrywając się na równe nogi, aby doskoczyć do niej z poduszką w ręku.
Alexander i Lorien złościli się na siebie rzadko. To znaczy, złościli się na siebie nieustannie, ale niemal nigdy na tyle poważnie, żeby nie potrafili się ze sobą porozumieć. Bo Lorien zawsze wiedziała, jak postępować ze złym Alexem, a Alex zawsze wiedział, jak postępować ze złą Lorien. Za złą Lorien aż nazbyt często kryła się bowiem smutna Lorien. A za złym Alexem... Ale nie, on nie był zły. Nie potrafił wykrzesać z siebie złości, zdjęty zimną obojętnością na wszystko, co działo się wokół. Jego reakcje były opóźnione, a język oschły. A jednak wiedział, co powinien zrobić. Wiedział, co sprawi jej przyjemność, co będzie właściwe, i chętnie się temu poddawał, jak gdyby chciał się z nią podzielić tym samym spokojem, który cały czas czuł. Przecież naprawdę chciał dobrze, nawet kazał lokajowi kupić to przeklęte ciasto, na które tak miała ochotę...! A potem dostał kolejną przesyłkę.
Nie zareagował na widok poduszki z wizerunkiem nieświętej pamięci Roberta. Nie wzruszył nawet pogardliwie ramionami nad listem od Philomeny.
Zacisnął tylko zęby i wylał kawę dla Lorien prosto do zlewu, a potem odłożył jej własność na łóżko do jej pokoju, przekonany, że to wszystko było tylko głupim żartem, który wymyśliła sobie wespół z babką.
– Czego chcesz? – warknął w tym samym czasie, w którym Lorien dokonała nieproszonego wtargnięcia do jego pokoju, nie racząc nawet odwrócić głowy w jej stronę. W końcu był na nią obrażony, i zamierzał dać jej odczuć, jak bardzo.
Nie potrzebował babki dyszącej mu w kark na każdym kroku, jej pająkowatych palców zaplatających się wokół jego uprzejmie zaoferowanego ramienia. Zaciskających się na nim tak, jak zaciskała się pajęcza sieć jej przesyconych drwiną słów, za każdym razem, kiedy spotykali się, żeby porozmawiać. Jak gdyby wciąż był chłopcem, który dostał po łapach, bo ośmielił się szarpnąć nićmi jej pajęczyny. Nienawidziła go, och, jakże go nienawidziła – nigdy przecież Philomena Mulciber nie przepuściła okazji, aby przypomnieć mu o swojej nienawiści. Nawet teraz, gdy pozostawała na niego skazaną, gdy potrzebowała go tak samo, jak on potrzebował jej. Widział przecież, jak na niego patrzyła. Przypominało mu to sposób, w jaki patrzył na niego Donald. Z pogardą, ale i ze swego rodzaju rozbawieniem, jak gdyby był entomologiem, a Alexander – okazem orientalnego owada zamkniętym w ciasnej gablotce, rozpaczliwie przebierającym odnóżami, gdy przebijano go szpilką.
A Lorien, zamiast go wesprzeć, wolała jak zwykle podziwiać swoje odbicie widoczne w szkle gablotki.
I być może to zabolało Alexandra w tym wszystkim najbardziej.
Zgarnął list od babki, który służył mu dzisiaj za zakładkę do lektury. Pieprzona wywłoka, pomyślał, zatrzaskując ze złością stary przewodnik po ziołolecznictwie, który towarzyszył mu nieprzerwanie od czasu wizyty w Kniei. W przeciwieństwie do Lorien, wcale nie podniósł głosu, zamknął jednak czytaną książkę w ostentacyjnie głośny sposób. Siedział, rozwalony jak zawsze, na podłodze, pośród porozrzucanych wszędzie wokół książek, pokrywających niemal każdy wolny skrawek powierzchni pokoju. Jego pokoju. Gdy weszła do środka, wciąż opierał się ramieniem o stos poduszek, pozbawiony zwyczajowej zbroi garnituru, bo w spodnie wciśnięty był podkoszulek, który nosił pod elegancką koszulą, był też boso, bo zawsze zapominał, gdzie posiał zdeptane kapcie. Otaczały go książki, pootwierane, zdawałoby się, na chybił trafił. Była jednak metoda w tym szaleństwie – w tym, że zawsze czytał kilka rzeczy naraz, skrupulatnie konstruując w głowie swój pogląd na sprawę – w tym, że próbował pogodzić ze sobą sprzeczne opinie, zapamiętać jak najwięcej niuansów wymagających wyjaśnienia. Zadać pytania, których nikt nie zadał, choćby nie miał usłyszeć ich nikt, poza papierosem dogasającym w zabytkowej popielniczce.
Pytań, które pojawiły się w jego głowie, gdy pacnęła w nią ciśnięta przez Lorien poduszka, było wiele, bardzo wiele. "Co?", "kto?", i wreszcie, jego ulubione: "dlaczego?" Przytrzymując potylicę, w którą uderzyła poduszka, bardzo powoli odwrócił się w stronę Lorien, aby wreszcie na nią spojrzeć. Przez krótką, króciutką chwilę, po prostu patrzył.
A potem sięgnął po poduszkę.
– Żebym ja pierwszy nie oskubał cię z piórek – rzucił nagle, zrywając się na równe nogi, aby doskoczyć do niej z poduszką w ręku.
Rzut na percepcję (czy w ogóle w nią trafi)
Rzut na aktywność fizyczną (jeśli tak, to jak mocno)
Rzut PO 1d100 - 53
Sukces!
Sukces!
Rzut na aktywność fizyczną (jeśli tak, to jak mocno)
Rzut Z 1d100 - 67
Sukces!
Sukces!
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat