– Nie zapytam nawet skąd ten śmiech.
W swojej postawie Degenhardt był wciąż przerażająco wręcz spokojny i zobojętniały. Nie było tutaj miejsca na obojętność, ale jego zmęczona twarz wyrażała absolutną nicość w sposób, w jaki chyba tylko on potrafił to zrobić. Mówił o końcu dawnego życia i początku nowego z takim wyrazem twarzy, jakby odczytywał fragmenty zielnika na lekcji w Szkole Magii. Dlaczego? Ten, kto go znał, pamiętał pewnie, że chociaż dotykając klawiszy fortepianu, wyglądał dokładnie tak jak teraz, to przecież potrafił się bawić – płacił raz nawet reporterowi za spalenie jego pijackiego zdjęcia, zanim zobaczy je dyrygent lokalnej opery.
Nic z tego Degenhardta w nim teraz nie było, nawet jeżeli w podejściu do młodszej od nich kobiety był wyjątkowo, do bólu wręcz delikatny.
Już się nieco zmęczył. W tym zarzewiu pewnie nie powinien, ale i tak oddawał się uzależnieniu – wyciągnął papierosa i odpaliłby go zapewne, gdyby jakiś wariat nie śmiał rzucić w jego kierunku szklaną butelką, a następnie nie czmychnął, zapewne z zamiarem ucieczki dokładnie tą drogą, którą Naśladowca zdążył zablokować udanym zaklęciem. Widząc to, w zestawieniu z jego zatrzymaniem się przed kupą gruzu, Umbriel wywrócił oczami.
Wciąż z absurdalnym spokojem (nawet jeżeli wewnętrznie gotował się przez to, że ta przerwa na papierosa oddaliła się niebezpiecznie) na androgenicznej twarzy, spojrzał na niego i wzruszył ramionami. Nieszczególnie krył wybrzmiewające w tym wszystkim rozczarowanie.
– Partyzantka ma zwykle jakieś głębsze plany... – powiedział i machnął różdżką, chcąc podsycić i tak widoczny już na twarzy jegomościa szok. Urok – nieszczególnie paskudny, ale taki upokarzający – taki każący mu dołączyć do akcji. Niech pozbiera więcej śmieci i porozrzuca je na tej stercie gruzu. Niech wysypie tam zawartość okolicznego śmietnika, niech pozbiera rękoma kawałki rozbitej, szklanej butelki i dołoży je na stos...
To było jednak działanie skomplikowane, a i on nieszczególnie chętnie współpracował... Oklumenta? Umbriel nie mógł tego wiedzieć, ale od niechcenia obserwował, jak jego głowa protestuje na widok szkła wbijającego się w palec. Oprzytomniał o wiele szybciej, niż czarnoksiężnik sobie tego życzył.
W swojej postawie Degenhardt był wciąż przerażająco wręcz spokojny i zobojętniały. Nie było tutaj miejsca na obojętność, ale jego zmęczona twarz wyrażała absolutną nicość w sposób, w jaki chyba tylko on potrafił to zrobić. Mówił o końcu dawnego życia i początku nowego z takim wyrazem twarzy, jakby odczytywał fragmenty zielnika na lekcji w Szkole Magii. Dlaczego? Ten, kto go znał, pamiętał pewnie, że chociaż dotykając klawiszy fortepianu, wyglądał dokładnie tak jak teraz, to przecież potrafił się bawić – płacił raz nawet reporterowi za spalenie jego pijackiego zdjęcia, zanim zobaczy je dyrygent lokalnej opery.
Nic z tego Degenhardta w nim teraz nie było, nawet jeżeli w podejściu do młodszej od nich kobiety był wyjątkowo, do bólu wręcz delikatny.
Już się nieco zmęczył. W tym zarzewiu pewnie nie powinien, ale i tak oddawał się uzależnieniu – wyciągnął papierosa i odpaliłby go zapewne, gdyby jakiś wariat nie śmiał rzucić w jego kierunku szklaną butelką, a następnie nie czmychnął, zapewne z zamiarem ucieczki dokładnie tą drogą, którą Naśladowca zdążył zablokować udanym zaklęciem. Widząc to, w zestawieniu z jego zatrzymaniem się przed kupą gruzu, Umbriel wywrócił oczami.
Wciąż z absurdalnym spokojem (nawet jeżeli wewnętrznie gotował się przez to, że ta przerwa na papierosa oddaliła się niebezpiecznie) na androgenicznej twarzy, spojrzał na niego i wzruszył ramionami. Nieszczególnie krył wybrzmiewające w tym wszystkim rozczarowanie.
– Partyzantka ma zwykle jakieś głębsze plany... – powiedział i machnął różdżką, chcąc podsycić i tak widoczny już na twarzy jegomościa szok. Urok – nieszczególnie paskudny, ale taki upokarzający – taki każący mu dołączyć do akcji. Niech pozbiera więcej śmieci i porozrzuca je na tej stercie gruzu. Niech wysypie tam zawartość okolicznego śmietnika, niech pozbiera rękoma kawałki rozbitej, szklanej butelki i dołoży je na stos...
Rzut PO 1d100 - 39
Slaby sukces...
Slaby sukces...
To było jednak działanie skomplikowane, a i on nieszczególnie chętnie współpracował... Oklumenta? Umbriel nie mógł tego wiedzieć, ale od niechcenia obserwował, jak jego głowa protestuje na widok szkła wbijającego się w palec. Oprzytomniał o wiele szybciej, niż czarnoksiężnik sobie tego życzył.
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me