24.06.2025, 13:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.06.2025, 13:48 przez Alexander Mulciber.)
Przez chwilę nawet poczuł wyrzuty sumienia, bo widok jej smutnej miny zawsze go łamał, chociaż próbował się do tego nie przyznawać. Znał Lorien od dziecka, znał ją gdy była ledwie podlotkiem, a jeszcze wcześniej rozkapryszoną pannicą, która nie omieszkała poskarżyć się do ojca, gdy pociągnął ją za mocno za warkocz. Znał niemal każdą z arsenału jej sztuczek, które z powodzeniem działały na ludzi, odprowadzających ją spojrzeniami pełnymi litości wobec przeklętego ptasią klątwą dziewczęcia. Wszyscy zawsze jej ustępowali, aby nie sprowokować napadu, jak to mówili, choroby.
Nie wiedzieli, że najlepszym lekarstwem na chorobę Lorien jest pacnięcie jej wypchaną pierzem poduchą po głowie.
Nie pozwoliła mu unieść poduszki ponad głowę, gdzie byłaby poza zasięgiem jej rąk, bo zbyt wiele razy ją tak potraktował, ba, gdyby to zrobił, gotowa byłaby wspiąć się po nim, walcząc dalej! Szarpała się z nim jak rozzuchwalona kotka, która próbowała pokazywać, co potrafią jej pazurki, prężąc przy tym kark i sycząc wściekle. Ale koty zwykły uciekać, gdy psy kłapały zębiskami. Alexander zacisnął szczękę, ale rozluźnił uchwyt ręki, która do tej pory próbowała wyrwać Lorien poduszkę. Wypuścił ją w momencie, w którym najmniej się tego spodziewała. Nic więc dziwnego, że potoczyła się w jego stronę, tracąc równowagę. Wykorzystał sytuację, popchając ją na swoje łóżko, prosto na stos poduszek, spiętrzonych na granatowej narzucie, na której wyhaftowano srebrną nitką wzór w gwiazdy. A niechby zawirowało jej w głowie tak, żeby zobaczyła wszystkie konstelacje nieba północnego! Jakby Lorien zerknęła od czasu do czasu w mapy gwiazd, wiedziałaby bowiem, że z Alexandrem lepiej nie zaczynać. Wcale nie dlatego, że nauczył się kiedyś rzucać zaklęcie iluzji, dzięki której gwiazdy na pokrywie nieboskłonu układały się w wiadomość wyszytą rękami przeznaczenia. Wcale nie dlatego. Ale Lorien nie musiała przecież zadzierać swojej pięknej główki ku niebu, aby wyczytać zeń wyroki przyszłości. Wystarczyło, żeby spojrzała w twarz Alexandra. A jego twarz, chmurna jak niebo nad Anglią, i ponura jak bezgwiezdna noc, mówiła: "ale masz przejebane".
Może i zapewnił Lorien miękkie lądowanie, ale nie pomyślał o tym, że teraz miała łatwy dostęp do dodatkowej amunicji. Natychmiast zdał sobie jednak sprawę ze swojego błędu, rzucając się w stronę leżących na podłodze poduszek, o które lubił się opierać, gdy przesiadywał na miękkich dywanach, pokrywających parkiet jego pokoju.
– Wynocha – warknął przy tym na skrzata o wdzięcznym imieniu Suflet, który sterczał wciąż w drzwiach, wydając z siebie zduszone przerażeniem popiskiwania, i płaczliwe prośby o zaprzestanie działań wojennych. Alexander nie cierpiał tych pokracznych stworzeń. Ich pomarszczone ryjki przywodziły na myśl złodziejskie szuje rodzaju goblińskiego, które nie raz próbowały oszukać go na pieniądze. Podobne skojarzenia miał jego ojciec, który z tego właśnie powodu oddalił wszystkie skrzaty z rodowej posiadłości, przekazując je w opiekę babce Philomenie. Ale Diana i Donald sprawili sobie całe stadko tych pokurczów zamiast zatrudnić zwyczajną służbę. Ależ by się ojciec wściekł, gdyby zobaczył to ścierwo przemykające korytarzami Mulciber Manor! A przecież Alexander tyle razy prosił szwagierkę, żeby nie przysyłała mu skrzatów do domu. Od czasu ostatniej wizyty u babki Philomeny, nie potrafił spojrzeć na te stworzenia nie czując obrzydzenia już na sam tylko widok.
A teraz miał na głowie poważniejsze zmartwienia. Na przykład to, ile postanowień konwencji genewskiej zdąży złamać, zanim zdecyduje się przyjąć pakt pokojowy, którego postanowienia powinna już opracowywać w głowie Lorien, jeżeli chciała wyjść stąd żywa.
Nie wiedzieli, że najlepszym lekarstwem na chorobę Lorien jest pacnięcie jej wypchaną pierzem poduchą po głowie.
Nie pozwoliła mu unieść poduszki ponad głowę, gdzie byłaby poza zasięgiem jej rąk, bo zbyt wiele razy ją tak potraktował, ba, gdyby to zrobił, gotowa byłaby wspiąć się po nim, walcząc dalej! Szarpała się z nim jak rozzuchwalona kotka, która próbowała pokazywać, co potrafią jej pazurki, prężąc przy tym kark i sycząc wściekle. Ale koty zwykły uciekać, gdy psy kłapały zębiskami. Alexander zacisnął szczękę, ale rozluźnił uchwyt ręki, która do tej pory próbowała wyrwać Lorien poduszkę. Wypuścił ją w momencie, w którym najmniej się tego spodziewała. Nic więc dziwnego, że potoczyła się w jego stronę, tracąc równowagę. Wykorzystał sytuację, popchając ją na swoje łóżko, prosto na stos poduszek, spiętrzonych na granatowej narzucie, na której wyhaftowano srebrną nitką wzór w gwiazdy. A niechby zawirowało jej w głowie tak, żeby zobaczyła wszystkie konstelacje nieba północnego! Jakby Lorien zerknęła od czasu do czasu w mapy gwiazd, wiedziałaby bowiem, że z Alexandrem lepiej nie zaczynać. Wcale nie dlatego, że nauczył się kiedyś rzucać zaklęcie iluzji, dzięki której gwiazdy na pokrywie nieboskłonu układały się w wiadomość wyszytą rękami przeznaczenia. Wcale nie dlatego. Ale Lorien nie musiała przecież zadzierać swojej pięknej główki ku niebu, aby wyczytać zeń wyroki przyszłości. Wystarczyło, żeby spojrzała w twarz Alexandra. A jego twarz, chmurna jak niebo nad Anglią, i ponura jak bezgwiezdna noc, mówiła: "ale masz przejebane".
Może i zapewnił Lorien miękkie lądowanie, ale nie pomyślał o tym, że teraz miała łatwy dostęp do dodatkowej amunicji. Natychmiast zdał sobie jednak sprawę ze swojego błędu, rzucając się w stronę leżących na podłodze poduszek, o które lubił się opierać, gdy przesiadywał na miękkich dywanach, pokrywających parkiet jego pokoju.
– Wynocha – warknął przy tym na skrzata o wdzięcznym imieniu Suflet, który sterczał wciąż w drzwiach, wydając z siebie zduszone przerażeniem popiskiwania, i płaczliwe prośby o zaprzestanie działań wojennych. Alexander nie cierpiał tych pokracznych stworzeń. Ich pomarszczone ryjki przywodziły na myśl złodziejskie szuje rodzaju goblińskiego, które nie raz próbowały oszukać go na pieniądze. Podobne skojarzenia miał jego ojciec, który z tego właśnie powodu oddalił wszystkie skrzaty z rodowej posiadłości, przekazując je w opiekę babce Philomenie. Ale Diana i Donald sprawili sobie całe stadko tych pokurczów zamiast zatrudnić zwyczajną służbę. Ależ by się ojciec wściekł, gdyby zobaczył to ścierwo przemykające korytarzami Mulciber Manor! A przecież Alexander tyle razy prosił szwagierkę, żeby nie przysyłała mu skrzatów do domu. Od czasu ostatniej wizyty u babki Philomeny, nie potrafił spojrzeć na te stworzenia nie czując obrzydzenia już na sam tylko widok.
A teraz miał na głowie poważniejsze zmartwienia. Na przykład to, ile postanowień konwencji genewskiej zdąży złamać, zanim zdecyduje się przyjąć pakt pokojowy, którego postanowienia powinna już opracowywać w głowie Lorien, jeżeli chciała wyjść stąd żywa.
Rzut na aktywność fizyczną. Czy zdołam wykonać unik, jeżeli Lorien będzie próbowała rzucić we mnie poduszką?
...Czy kot Lorien zaplącze mi się przy okazji pod nogi?
Rzut Z 1d100 - 15
Akcja nieudana
Akcja nieudana
...Czy kot Lorien zaplącze mi się przy okazji pod nogi?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak
Tak
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat