Cornelius milczał przez chwilę. Stał nad rozciągniętą na ziemi sylwetką człowieka, który jeszcze chwilę temu z wściekłością przystawiał różdżkę do gardła przyjaciela - jego przyjaciela, ich przyjaciela - i miał czelność pytać, czy naprawdę zasługuje na odrzucenie. Czy naprawdę można wyrzucić kogoś, kto rzuca się na drugiego człowieka z wahadełkiem i kto niszczy plan, który miał być jednym z niewielu dobrych wspomnień tego odchodzącego lata?
Lestrange uniósł brew, nie od razu odpowiedział, lecz nie dlatego, że nie wiedział co powiedzieć. Przeciwnie, wiedział aż za dobrze, jednak przez moment rozważał, czy istnieje jakiś czystszy, bardziej wyważony sposób, by nie powiedzieć tego wszystkiego, co właśnie cisnęło mu się na język. Nie istniał. Wystarczyło, aby Corio spojrzał raz jeszcze na różdżkę, która jeszcze przed chwilą groziła Benjy’emu, potem na wahadełko, jakiego obecność w tym kontekście była nie tylko niedopuszczalna, ale wręcz ostentacyjna, na koniec na dramatyczną pozę Romka, który może i wyglądał teraz nieszkodliwie, ale zaledwie minuty wcześniej jego wybryk mógł skończyć się czymś poważniejszym, niż tylko zranionym ego i obitą dupą.
- Tak. Tak, Romulusie, jestem w stanie się od ciebie odwrócić. - Odpowiedział w końcu, cicho, ale bardzo wyraźnie, z akcentem na każde słowo. - I owszem, wyrzucić cię, jeśli zajdzie taka potrzeba. Wyciągasz różdżkę na przyjaciela, który cię właśnie powstrzymał od kompromitowania się dalej i drzesz się na kobietę, która nie zrobiła ci nic poza tym, że istnieje, a potem jeszcze dorzucasz do tego rekwizyty, których istnienie wszyscy, jak, kurwa, sądzę, zgodnie postanowiliśmy wykreślić, jako sposób rozwiązywania naszych konfliktów. - Spojrzał w dół na przyjaciela, który w mniemaniu Lestrange'a, nie tylko przekroczył granicę, ale przebiegł przez nią w pełnym galopie, wariując, krzycząc i kopiąc, nie dbając o konsekwencje swego rumakowania. Romulus stworzył między nimi przepaść, którą Cornelius usiłował zasklepić. Starał się uspokoić obu przyjaciół, ale ten dureń postanowił kontynuować performance, metaforycznie rzucając się z pochodnią podsycaną gniewem, zostawiając za sobą płonący most w miejscu, w którym Corio próbował podtrzymać kruchą konstrukcję czegoś, co powinno być nienaruszalne.
Mężczyzna spojrzał kątem oka na Prudence, która podeszła do Benjy’ego, zrobiła to bez słowa, z godnością, mimo tego, że przed laty też mieli napięte stosunki. Najwidoczniej potrafiła zakopać topór wojenny, gdy to było wskazane. Nie miała potrzeby się tłumaczyć z tego, czemu to nie działało na Romulusa i nie powinna musieć. Potem spojrzał dalej, na Ambroise’a, na Geraldine i pokręcił głową z niemym zrozumieniem. Ich miny mówiły więcej niż trzeba, żadne z nich nie wyglądało na zachwycone. Roman także się rozejrzał, jakby liczył, że znajdzie choć jeden głos poparcia, ale głosy zamilkły. Nie bez powodu... To był bilans, auma przewinień, upokorzeń, ośmieszeń, które od pewnego momentu nie były już ani zabawne, ani ekscentryczne. Były uciążliwe, toksyczne, ślepe.
- To miał być wieczór pośród przyjaciół, spokojny wieczór, a ja, Merlin mi świadkiem, miałem w planie się upić, nie interweniować. - Stwierdził, lecz nie sądził, że będzie w stanie sprawić, by Roman wreszcie przestał. Przestał krzyczeć, wymachiwać, oskarżać. Przestał być tym, kim się ostatnio stał. Romulus nie został uderzony zaklęciem przypadkiem, lecz dlatego, że przekroczył granicę, nie raz, nie dwa, ale po raz ostatni.
Lestrange, owszem, był w stanie się odwrócić. Nie tylko był w stanie, właśnie to robił. Nie musiał wypowiadać więcej gróźb, by je ucieleśniać. Patrzył na przyjaciela, który leżał wgnieciony w trawę, dochodząc do wniosku, że Roman runął nie tylko fizycznie, ale i mentalnie, i choć może kiedyś, dawno temu, coś w Corneliusie zadrżałoby ze współczucia, z potrzeby podania mu dłoni i postawienia brata na nogi, to dziś... Po tej nocy, tych słowach, tym wszystkim, dziś nie został w nim nawet cień tej ochoty. Corio pokręcił głową, raz, powoli, z niedowierzaniem graniczącym z rezygnacją, a potem spojrzał tam, gdzie powinien być Elias. I… Nie znalazł go. Zastał go zupełnie inny widok. Mrugnął, otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zanim zdążył coś powiedzieć, Roman zemdlał, osunął się na ziemię i stracił przytomność.
Cornelius westchnął głęboko, przeciągle, po raz któryś tego wieczoru. Sposób, w jaki wybrzmiał dźwięk, gdy wypuścił powietrze z płuc, miał w sobie coś ze starca patrzącego na młodzież w na King's Cross pierwszego września.
- Świetnie... - Mruknął pod nosem, zupełnie nieporuszony tym, że Potter stracił przytomność. Nie próbował nawet kryć znużenia, zmęczenia, zawodu. Zamiast tego spojrzał na skrzaty... Te, które pojawiły się w najgorszym możliwym momencie - i to z wielką, lśniącą tacą, na której pysznił się pieczony świniak, chluba wieczoru, przynajmniej według Romka. Spojrzały na siebie, potem na leżącego Romulusa, potem na Corneliusa. Corio spojrzał na nie, uniósł brew, a potem tylko skinął głową.
- Zabrać. - Rzucił krótko, a po chwili po prostu odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę najbliższego źródła alkoholu, jeśli nie ratunku dla jego nastroju, to przynajmniej niewielkiej ulgi.