24.06.2025, 19:02 ✶
Ulice miasta tonęły w popiele, a Cassian biegł przed siebie, ignorując piekący dym i gorąco, które biło od płonących budynków. Każdy krzyk, każde wołanie o pomoc wbijało mu się w uszy jak ostrze. Nie miał planu, nie myślał o ucieczce ani o ratowaniu dobytku. Wiedziony poczuciem obowiązku, kierował się tam, gdzie wydawało się najgorzej — tam, gdzie płomienie były najwyższe, gdzie krzyki rozdzierały noc najgłośniej. Chaos był jego kompasem tej nocy.
Zatrzymał się, by przesunąć gruz z drogi młodej dziewczynie, która wołała matkę. Pomógł, ale wiedział, że to kropla w morzu. Miał tylko różdżkę, swoje zaklęcia, swoje ręce — i poczucie, że choć nie powstrzyma tej nocy, może chociaż ją na chwilę spowolnić. W dodatku musiał uważać, by nikt niepowołany nie dostrzegł jego magii.
I wtedy nagle, tuż przed nim, świat zatrzymał się na ułamek sekundy. Z trzaskiem i niemal bezgłośnym sykiem pojawiła się postać. Tak blisko, że Cassian aż odskoczył, serce zabiło mu gwałtownie, a dłoń uniosła różdżkę gotową do rzucenia zaklęcia ogłuszającego. Dym przesłaniał widok, ale już po chwili dostrzegł znajome rysy.
— Martin?! — zawołał, głos niosąc się przez zgiełk.
To był on — Martin Crouch. Prawie na siebie wpadli. Martin otoczony był jeszcze migoczącą poświatą zaklęcia ochronnego, które odbijało iskry niczym niewidzialna tarcza. Cassian zbliżył się szybko, pochwycił go za ramię, jakby chciał go upewnić, że to nie złudzenie, że oto naprawdę spotkał kogoś, kogo znał.
— Co ty tu robisz? Dokąd pędzisz? — wyrzucił z siebie, kaszląc od dymu, ale z ulgą, że nie stoi już sam w obliczu tej nocy.
Na chwilę spojrzał Martinowi w oczy. Mimo że nie byli bliskimi przyjaciółmi, łączyła ich nić dawnych lat, listów wymienianych po Hogwarcie, spotkań na czarodziejskich ulicach. I choć może ich drogi rozeszły się z czasem, teraz los znów je splótł.
— Zresztą, chyba nie ma czasu na pogawędki. Widzisz co się dzieje! Lepiej trzymajmy się razem
Jego głos był stanowczy, bez miejsca na kwieciste metafory, teraz nie było na to czasu. Nie po to zostawał w tej pożodze, by teraz rozstawać się z jedynym sojusznikiem, którego spotkał. Dym wirował wokół nich, ogień rozświetlał niebo. Londyn płonął, a oni — Cassian i Martin — stali na krawędzi tej nocy, gotowi działać.