Zaklęcie wyszło, ale w biegu i tak je poprawił. Nie zdążył zwrócić uwagi, czy wyszło. To nie było teraz tak istotne. Skakał z miejsca na miejsce, dym idealnie maskował jego podróże. Sporo czasu zajęło mu dotarcie do miejsc z ogniem. Zupełnie, jakby ten opuścił już jego rejon, dusząc jeszcze swoją pozostałością. A może nawet tam nie dotarł? Może to sam dym był tak gęsty, że rozlał się w każdy zaułek miasta?
Spoglądał na ludzi, na sylwetki biegające wokół, pogrążone w chaotycznym tańcu. Każdy w innym rytmie, na inną melodię. A on gnał przed siebie, pozornie ukierunkowany, lecz w rzeczywistości błądził jak reszta.
I wtedy zmysły spłatały mu figla. Wskoczył w chmurę zbyt gęstą, by ją przejrzeć z daleka. Nie dostrzegł stojącego tam człowieka. Odruchowo odstąpił w tył, łapiąc równowagę. Z ust padło suche Przepraszam. Chciał się odwrócić i odejść. Ale usłyszał swoje imię. A potem został złapany.
Martin nie zmienił się od czasów szkolnych. Ciemne włosy była nieco dłuższe teraz, ale duże, błękitne oczy, nawet w otoczeniu dymu charakterystycznie odbijały się na bladym licu. Cassian mógł jeszcze nie dostrzec paskudnych blizn, jakie szpeciły dotychczas idealną cerę Croucha. Mógł uznać je za smugi sadzy, za pył, który osadzał się na jednym i drugim. Martin poznał znajomego dopiero po chwili. Gdy padły dodatkowe pytanie skierowane bezpośrednio do niego.
Cassian Blishwick. Osoba, której nawet poświęcił myśli po szkole. Nawet dość niedawno... W jego odradzającym się umyśle zastanawiał się, jak też jedyny towarzysz szkolnych rozmów ułożył sobie życie. I oto pojawił się. W tak nieoczekiwanym momencie. I zdecydowanie niesprzyjającym na spotkanie po latach.
Nie wiedział, co powiedzieć. Ale czy musiał? Czy ta chaotyczna podróż między zgliszczami wymagała komentarza?
Cassian nie potrzebował tej odpowiedzi. Wiedział, kiedy słowa były zbędne. I kiedy należało działać. Działać dla drugiego. Martinowi momentalnie na myśl przyszło wspomnienie dnia, w którym Blishwick zabrał go na misję prefekta w damskiej łazience. Wtedy poszedł z nim bez entuzjazmu. Ciągnięty niedokończoną rozmową, której treść nie tyle była istotna co pustka po jej przerwaniu. Ale tym razem nie zdążyli jeszcze zacząć wymiany słów. A skinięcie głową na potwierdzenie zawierało w sobie świadomą zgodę i rzeczywiste zaangażowanie. Nie wiedział, czy Cassian robił coś konkretnego, czy miał jakiś plan – ale postanowił już, że będzie mu towarzyszył.
Poza tym, w dwójkę było bezpieczniej, rozsądniej... i po prostu raźniej przemierzać ten padół niedoli.