Rośliny, które pojawiają się z dnia na dzień. Od razu rozkwitają, jakby zawsze tutaj były. Laurent chciał zapytać, czy może ktoś przegapił po prostu ich kwitnienie... ale o ile uwierzyłby, że jeden czy dwóch ogrodników nie przyłożyło się do roboty (bo niezależnie od tego, jak bardzo sama Lorelei by zapewniała, że ona pilnuje swoich pracowników, to nigdy nie da się ich dopilnować do końca), to nie wierzył, że nagle wszyscy stali się ślamazarni. Włącznie z samą opiekunką tego miejsca. W głębokim zamyśleniu przesunął palcem po pierścionku z białego złota, przekręcając go na palcu w obie strony.
- Kiedy była ta wzmianka o tych różach? - Podchwycił od razu, kiedy niewiasta o tym napomknęła, wychodząc ze świata swoich myśli. To jak przenieść się z krainy pełnej zieleni i jednorożców prosto do ponurego ogrodu, który był apokaliptycznym zwiastunem tego, co miało stać się z Londynem i jego okolicami. To nie był jednak czas, w którym ktokolwiek miałby o tym pojęcie. - Byłaby możliwość zagłębienia się w dzienniki czy księgi, które zawierają o tym zmianki z archiwum Państwa biblioteki? - Czy musiał się tłumaczyć z tego, dlaczego w ogóle pojawiał się temat? Na pewno nie. Czy dla Lorelei byłoby to wtedy bardziej zrozumiałe? Pewnie tak. - Róże mają głęboką więź z morzem, albo oceanem, przez które przepływał francuski statek. Podejrzewam, że francuski. Z godłem Pani rodu. Wiedza ta jest jedynie wskazówką - wywodzi się z wizji. - A już to, czy to było widmowidzenie, czy coś całkowicie innego - Laurent tego nie zamierzał poruszać i się nad tym rozwodzić. Jeśli miało się jakąkolwiek wskazówkę - należało się jej złapać. Nawet jakby się okazało, że to były tylko majaki i jakaś trucizna tych kwiatów.
Wiedza o roślinach i eliksirach nie była u Laurenta nawet w połowie tak bogata, jak u Victorii. Jeśli chodziło badanie ich to nawet nie zamierzał podejmować tematu - owszem, gotów był pomóc, ale o tym był pewien, że Victoria wiedziała. A może za to opiekunka Maida Vale nie życzyłaby sobie, żeby ktoś "obcy" jej kwiaty tak dogłębnie badał? Jej? Obce. Obca narośl, która mogła zdusić wszystko inne. A to by znaczyło szkody dla tego miejsca. Rachunek zysków i strat wpasowywałby się więc, na logikę, w to, żeby tych "obcych" wpuścić i dopuścić do badań. Z dumą jednak różnie bywało, a w końcu Prewett tej kobiety nie znał wcale, oprócz tego, że słyszał, że takowa istnieje i tym nieziemskim miejscem się zajmuje.
- Zbadanie ich pod różnorakim kątem byłoby właściwe. Również pod kątem tego, czy to agresywny gatunek, niebezpieczny i jak ewentualnie nad nim zapanować. - To już powiedział spoglądając na Victorię. Na takie badania potrzebne były też odpowiednie warunki, których ona w mieszkaniu nie miała, ale organizacja takowych, z funduszami tej kobiety, nie była problemem.